
Wiktor Hugo, Nędznicy, tłum. Krystyna Byczewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972
1.
Jesienią zacząłem się zastanawiać, jakim sposobem uchroniłem się przed prawicowością umysłu. Osiągałem takie wyżyny religijności i patosu, że – wydawać by się mogło – jedynie krok dzielił mnie od skoku w świat Boga, ojczyzny i wolnego rynku. Oczywiście, powiecie: geny, wychowanie, ale jednak musiała być jakaś szczepionka.
Odkryłem – literatura francuska: „Nędznicy” Wiktora Hugo i „Germinal” Emila Zoli. Obie powieści czytane w okolicach szóstej, siódmej klasy, uodporniły mnie i ukształtowały światopogląd.
Na początku grudnia (a może nawet wcześniej) zaczęliśmy czytać „Nędzników”, czytaliśmy co wieczór, w nowym w Lublinie, w pociągu z Turynu, w ciepłym pokoju w beskidzkim ski-resorcie. Ostatnie weekendy przeżywaliśmy razem upadek barykady na ulicy Konopnej, śmierć Eponiny i Gawrosza, wędrówkę paryskimi kanałami.
Podawałem szczepionkę.
2.
Tak się dziś nie pisze. Jest to proza monumentalna, ba, może nawet monument prozą. W pięciu częściach jest miejsce i na kryminał, i romans, a także powieść historyczną, nowelę społeczną, esej polityczny, traktat teologiczny, czy – akurat średnio trafny – felieton o gospodarce odpadami komunalnymi.
Do tego zaskakująca wielość słów: arcydokładne opisy, detale topografii, długie rzędy epitetów. Zupełne przeciwieństwo ascezy dzisiejszej prozy.
Ma się wrażenie, że „Nędznicy” są summą przemyśleń Wiktora Hugo – exegi monumentum – na temat Francji, religii, wojny, rewolucji, człowieczeństwa, ustroju, ludu, Paryża, itd., itp.
3.
Autor „Nędzników” naiwnie wierzy w postęp i w dwudziesty wiek. Jego wiara w ludzkość okazuje się utopijna z perspektywy dwóch wojen światowych i setek pomniejszych. Opowie o tym Louis-Ferdinand Céline.
Zresztą nie minie nawet dziesięć lat od publikacji dzieła, a paryskie ulice znów przegrodzą barykady. Setki pójdą naśladować Enjorlasa i towarzyszy, rząd krwawo stłumi Komunę Paryską (po której Hausmann zaplanuje bulwary, zbyt szerokie aby ustawić barykadę).
Ale nie zapominajmy, tu rację ma Hugo, wiek dwudziesty – również dzięki ofierze komunardów – przynosi postęp: powszechną edukację, prawa socjalne, prawa kobiet, ochronę zdrowia, wzrost dobrobytu, resocjalizację zamiast galer.
Znad „Nędzników” dostrzegasz wszeteczność prawicowego umysłu, dla którego zagrożenie tkwi zawsze w drugim człowieku. Żądania kary śmierci, wywożenie imigrantów do lasu, marzenia o wypowiedzeniu Konwencji Europejskiej, pomiatanie pracownikami, bicie dzieci – wszystko to hamuje moralny postęp ludzkości. Jako takie zasługuje na potępienie.
4.
Pierwsze rozdziały „Nędzników” są portretem biskupa Myriel. Jeśli gdzieś można znaleźć obraz kościoła idealnego, to właśnie na tych stronach.
W biskupie Digne nie ma pychy, ostentacji, hipokryzji, bogactwa i chełpliwości, nie ma fałszywej pobożności, tego wszystkiego, co tak mierzi w polskim (a może w ogóle) kościele. Myriel jest po prostu, tylko i aż, dobry. Jego spotkanie z Jeanem Valjeanem jest czystą ewangelią.
Inne chrześcijaństwo jest możliwe – zdaje się pisać Hugo, także w tym miejscu podając szczepionkę przeciw tym wszystkim nar-katolickim rojeniom o wielkości; o Bogu, który wspiera przemocowych polityków; o granicach miłości bliźniego (katolicy powinni pomagać katolikom – jak powiadają w Pobożnie).
Kościół może istnieć bez srebrnych lichtarzy i złotych ornatów biskupa, nie może natomiast bez głodnych nakarmić, podróżnych w dom przyjąć.

5.
Antylolita
Hugo pisze, że miłość Jeana Valjeana do Kozety miała w s z y s t k i e odcienie. Ten moment, w którym wyciąga z kuferka schowane ubranka dziewczynki, którą zaopiekował się dziewięć lat wcześniej, rozkłada je na łóżku i tuli do nich, mówi o tej relacji najwięcej.
Jean Valjean dokonuje heroicznej sublimacji, stając się opiekunem Kozety: nigdy nie ulega. Zupełnie inaczej niż bohater Nabokova, który poddaje się własnym zmysłom.
Wystarcza mu czułość i bliskość ukochanej osoby. To dlatego tak wielkim ciosem staje się jej zakochanie w innym mężczyźnie. Dorosłość Kozety to koniec tej wyłączności, która dawała Jeanowi pewność i sens życia. W dzień ślubu znika: nie chce, nie może być świadkiem nocy poślubnej. Ta noc i tak go wewnętrznie zabija (to w tym czasie otworzy swój relikwiarz dzieciństwa Kozety).
Mam przekonanie, że dla Hugo to historia tak bardzo osobista, że aż niewypowiadalna.
6.
(23 lutego)
Wiele lat przed nazwaniem depresji depresją, paryski lekarz badający Jeana Valjeana przedstawia następującą diagnozę:
– Co mu jest? – Wszystko i nic. (…) stracił kochaną osobę. Z tego się umiera (s. 344).
Ostatnie rozdziały „Nędzników” są opisem klinicznej depresji, nazywanej tutaj rozpaczą albo smutkiem. Zresztą nawet ich tytuły: coraz gęstszy mrok, gaśnięcie, najgłębszy mrok pokazują kolejne stadia choroby.
Jean Valjean pozostawiony w ciemności, opuszczony przez ukochaną, wycofuje się z życia i tylko skrupulatne sumienie nie pozwala mu na ostateczny krok, przed którym nie wahał się Javert.
Autor o tym jeszcze nie wie, ale gdy narrator opowiada o stanie duszy Valjeana, tak naprawdę przedstawia symptomy i przebieg choroby.
7.
Krystyna Byczewska, jak sprawdziłem, nie ma hasła w wikipedii, w przeciwieństwie, dajmy na to, do Joanny Guze. Katalog beenki wymienia jej szesnaście przekładów, spośród nich „Nędznicy” są najobszerniejszym, i podaje rok 1966 jako datę śmierci.
O tym jakiego kunsztu translatorskiego wymagali „Nędznicy” najlepiej chyba świadczą te fragmenty, w którym francuski żargon złodziejski jest przekładany na takiż polski (oba zapewne dawno się już zdezaktualizowały).
Wydobywam więc tłumaczkę z zapomnienia, wspominając, że te ponad tysiąc stron, które odczytałem tej zimy na głos, to nie tylko dzieło tamtego pomnikowego Francuza, który spoczął w Panteonie, ale i Krystyny Byczewskiej.
