
Paweł Rzewuski, Krzywda, ArtRage 2025
Nie mogło być inaczej. Polski krajobraz upiorny to Aleksandra Waliszewska, więc jej obrazy przychodzą mi na myśl nad kolejnymi rozdziałami powieści Pawła Rzewuskiego. Ona nadała kształt polskiej potworności, Rzewuski przybrał ją fabułą.
Najpierw było zaskoczenie. Sam do końca nie wiedziałem, czym dla mnie może być horror szlachecki. Nigdy nie czytałem Kinga i jemu podobnych, więc poczułem się nieco bezradny, ale historia wciągała jak las z pierwszego rozdziału, ten z Wyżyny, na której żyli arianie (w swoich genealogicznych badaniach na owej Wyżynie zbliżałem się już, ze swoją armią chamów, do tamtej epoki).
„Krzywda” gwałtownie wyrwała mnie z codzienności. Tych dwóch, ślepiec i milczący olbrzym, wmaszerowali do mojej wyobraźni. A było to w porę, kiedy się roztapiało, więc osiedlowe trawniki przypominały wertepy Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Oczywiście nie obyło się bez problemów: nawał bohaterów, zmiany czasu, wątki rozrysowane jak w serialu „Dark” – „Krzywda” wymaga skupienia, bądź częstego wertowania wcześniejszych rozdziałów. Pod koniec poziom trudności jedynie wzrasta.
Niemniej jeśli istniałaby skala pomiaru przyjemności z czytania, „Krzywda” uplasowałaby się na niej bardzo wysoko.
(Na marginesie: Czy moje dwudziestoletnie zapiski można nazwać sylwą?)
