
Aissatou Fôret Diallo, Muszle wróżbiarki, tłum. Marta Widy-Behiesse, wyd. w Podwórku 2025
Pisarze małych niedocenianych narodów często popadają w coś, co w ich mniemaniu jest antidotum na orientalizację czy egzotyzację: zamiast zająć się literaturą, pragną opowiedzieć o swoim państwie, narodzie, społeczeństwie. Pal licho proza, ważne jest przedstawienie narodowych bohaterów, ludowych tradycji i wielkich historii. Na taką właśnie przypadłość cierpi autorka „Muszli wróżbiarek”.
Jeśli więc szukacie afrykańskiej prozy, sięgnijcie lepiej po poprzednią książkę z tej serii (doskonałe „Congo Inc.„). Jeśli zaś interesuje was publicystyka, nie fabuła, o Gwinei, to właśnie ta książka.
(A może – zastanawiam się nad kolejnymi stronami – to nie publicystyka, ale gorzej – pedagogika, i to w zakresie zawierania małżeństwa).
Rzecz dzieje się na początku lat dziewięćdziesiątych i to właśnie ten moment może zaskoczyć polskich czytelników. Stopniowe odchodzenie od jednopartyjnej dyktatury wymagało – ach, ci zagraniczni doradcy ze szkoły Reagana i Thatcher – restrukturyzacji: zmuszono ich do „dobrowolnego” odejścia z pracy, sprytnie argumentując, że cięcia etatów w służbie cywilnej wpłyną na rozwój inicjatyw prywatnych (s. 30). Celne! jakby mógł napisać profesor Balcerowicz. A więc zarówno Polska, jak i Gwinea, robiła wtedy to samo: zrzucała na społeczeństwo koszty wzbogacenia się elit.
Pojawia się też drobny, ale znaczący, wątek urzędowy. Syn stryja głównej bohaterki przyjeżdża do stolicy, albowiem dostał stanowisko sekretarza stanu w ministerstwie (s. 60). Pozostawiwszy rodzinę na prowincji, szuka żony, która będzie godna jego nowej pozycji w ministerstwie (s. 66). Rozwiązanie jest doprawdy budujące i aż dziw, że nie zostało wdrożone wśród bogobojnych elit państwa nad Wisłą.
