
Ana Maria Matute, Pierwsze wspomnienie, tłum. Ewa Zaleska, Cyranka 2025
Piękne i okrutne jest „Pierwsze wspomnienie”.
Piękne, bo pozostało nim śródziemnomorskie światło. Ta przedziwna cecha próz południowych: synestezja. Słony zapach morza, woń pomarańczowego gaju i wilgoć starego domu (dziś zapewne byłaby w nim agroturystyka „Na zboczu”), przesiąknięty kadzidłem kościół, przedwojenne perfumy ciotki.
Okrutne, bo powietrze gęstnieje. Z każdym dniem wojna jest bliżej. I gdy Borja stwierdza musieli go zabić (s. 44), to już razem z Matią, która opowiada, domyślamy się, że dosięgnęła także ich, definitywnie kończąc dzieciństwo.
Wyspa, mała społeczność, w której wszyscy znają wszystkich, staje się duszna. Bojówki pod auspicjami księdza proboszcza rozpoczynają polowania na podejrzewanych sąsiadów. Prywatne zawiści i anse zostają wpisane w logikę wojny domowej.
Czy to prawda, że będąc dziećmi, przeżyliśmy całe życie, łyknęliśmy je jednym haustem, by potem powtarzać się głupio, ślepo i bez żadnego sensu? (s. 17) – dopytuje narratorka. To wtedy, na Wyspie, przeżyła pierwszą miłość i pierwszą nienawiść.
