
lutowe
I
Ma opowiadała:
schodziliśmy z nią w głąb podziemnych świątyń, gdzie anioły patrzyły z sufitu migdałowymi oczyma Egipcjan z okresu ptolemejskiego – tak samo jak na ikonie na koźlej skórze, którą dostałem od niej – a kapłani w białych szatach tańczyli bez końca jakiejś skomplikowane teologiczne figury. niewątpliwie było to chrześcijaństwo, ale zupełnie odmienne od tego, czego dotykaliśmy. a potem ukazał się nam pierwszy widok jeszcze młodej ludzkości, dolina pomiędzy spękanymi czerwonymi płytami, zanurzona w skwarze i wyobrażaliśmy sobie tę gorączkę, ten zapach, te dźwięki ptaków.
II
znicz olimpijski (ach, patos, dziewiąta symfonia, powolne wciąganie flagi na maszt) na początku corso sempione. któregoś wieczoru siedzieliśmy tam w winiarni, patrząc na łuk a potem biegliśmy do tramwaju, który turkotał ulubioną platanową aleją do naszego hotelu.
(może dlatego poczuliśmy, że te igrzyska po części były też nasze).
łuk zawsze obsiadały przyszłe modelki, bo perspektywa od zamku sforzów, hen po żółte jedynki z roserio do greco. czysty instagramerski widok.
III
w poranek pojawiło się tylko pół świata. odwilż nie dotykała jeszcze zlodowociałych ciemnych kamieni. ludzi trawiła zima.
tam, gdzie kiedyś budki z kwiatami, stał samotny peruwiańczyk i grał na fletni pana. kobiety sprzedawały futra.
kupi pan wiertarkę – nagabywał w wąskim korytarzu pomiędzy kurzymi sercami a porcelanowymi tancerkami jakiś mężczyzna. otwierał walizkę z bormaszyną. – okazyjnie za pół ceny.
na stoiskach z przecenionymi cytrusami grube liście aloesu.
