
Notatki z końca stycznia
Jestem jak obywatel Grenlandii: któryś raz z kolei opisuję śnieg.
Czarno-biała geometria: gawrony w drodze na przystanek.
Domem bezdomnych autobusy. Pan na przystanku pije wódkę.
W drugim tygodniu ferii wrócili inni. Zauważył, bo rankiem brak wolnych siedzeń.
Miasto w biało-czerwonych taśmach z napisami „Uwaga! Spada!” Grube kęsy śniegu z hukiem o chodniki. Droga wymagała zręczności, aby nie stać się clickbaitem „Miejskiego reportera” czy tefałen Warszawa.
Jakby na przekór, w kolejny ranek zima nie ustąpiła odwilży. Wysiadł przy Ogrodzie Krasińskich. Inni jak i on zbliżali się do gałęzi i kaczek na stawie. Wypełniali pamięć.
Wieczorem poszli Chmielną a potem Piwną i Długą. Był teraz turystą, odkrywał nowe terytoria. Świeciło jeszcze, odbijało, chrupało. W Ogrodzie pisk dzieci, skrytość łasych szczurów.
Z kamiennych kościołów wychylali się etiopscy święci. Ziemia miała kolor ceglany. Z tęsknoty za dalą te zdjęcia od Ma.
Powiedział, że chciałby espresso, źle usłyszała i spakowała mu precla.
Wiozą go zapłakane w kocu. Duży, rudy, spokojny. Ich oczy. Orszak, pieta.
