księgarnia 1/26

Sally Mann, Jessie na wietrze, 1989, źródło: Edwynn Houk Gallery. Nie, żadna fotografia Gdańska, zdjęcie z Żuław, nawet nie „Wielebny Robert Walker” (por. s. 541): szukałem najbliższego odpowiednika portretu Gute Luise i wiedziałem, że znajdę go albo u Sally Mann, albo u Alaina Laboile.

Paweł Huelle, Szczęśliwe dni. Opowiadania wszystkie, Znak 2025

Wszystko, co najważniejsze o „Szczęśliwych dniach” zapisałem w pierwszej tegorocznej notatce. Powrót do niektórych opowiadań po dwudziestu kilku czy piętnastu latach pozwala zweryfikwać sądy: nadal gęsia skórka, nadal poczucie absolutu. Czytanie Huellego jak słuchanie Bacha.

W tym wszystkim jest melancholia. Być może Huelle jest właśnie jej mistrzem: nie szara polska depresja, ale słona, morska melancholia, pozwalająca dostrzec upływ czasu i niepewność historii. Podział na mitologię kamienną i drewnianą, o którym kiedyś opowiadał mi jakiś działacz kaszubski: Huelle jest wzorcowo kamienny.

Wieczność przychodzi u niego jak śnieżyca, jak wielka fala, jak muzyka. W kamiennym świecie nie budzi lęku i przerażenia. Jest tuż obok, wystarczy odnaleźć przejście.

***

Po utraconym w wielkiej dziejowej katastrofie świecie pozostają rozbitkowie. To oni upewniają narratora i nas, czytelników, w tym, że istnieje ciągłość pomiędzy tym niebyłym a obecnym. Tricksterzy (powiedziałby antropolog), strażnicy, zamieszkujący wieczne teraz: Barba, Lucjan, Rachela.

Czasem i to za wiele, łączą jedynie rzeczy: podniszczony egzemplarz Biblii, kolekcja monet, wagony kolejki elektrycznej. Formy przetrwalnikowe: pozbyć się ich, pozostanie już tylko literatura.

I jeszcze jedno – krajobraz. Morenowe wzgórza, poprzecinane kanałami i wąskotorówką niskie pola, opuszczone domy: wystarczy zza nowych nazw odszyfrować stare. Zagłada topografii oznacza radykalne odcięcie od przeszłości. Tak bardzo odczuwa to bohater „Pierwszego lata”, poszukując miejsc, które fizycznie już nie istnieją – znów uratować je może tylko zapis.

***

Narrator pozornie autobiograficznych opowiadań często bywa jedynakiem, przynajmniej w dwóch pierwszych zbiorach: być może ta perspektywa tak bardzo mnie uwiodła wtedy, gdy odkrywałem „Opowiadania na czas przeprowadzki”.

A może coś innego? Początek własnego życia, powtarzający się w dzienniku nigdy nieukończony wiersz z incipitem W te noce, w które wracamy, wymiana listów z M., przyjazdy do Krakowa owej pierwszej jesieni pierwszego roku, ostatniego z cyfrą jeden na początku, zapamiętane widoki, kawiarnie, powroty na Bobrowskiego wieczorem, sodowe światło lamp.

Inaczej z „Opowieściami chłodnego morza” i „Talitą”. Pierwsze czytałem jesienią dwa tysiące ósmego, pisałem jeszcze słabo, politykowałem, wjeżdżałem na trzydzieste szóste piętro. Nic mądrego, oprócz zachwytu, nie potrafiłem wypowiedzieć. „Talita” z kolei była lekturą roku zarazy, została mi po niej ochota na spacer po starym Wrzeszczu (pojechaliśmy tam dwie jesienie temu).

***

Historia wedle Huellego jest sumą indywidualnych losów. Bardzo przez ostatnie lata odeszliśmy, z powodu prawicowych obsesji, od tego najprostszego rozumienia. Tematy gdańskie wciąż służą za podpałkę.

Tymczasem Huelle już w pierwszych tomach opowiadań dokonał rozliczeń. Nic lepiej o Polakach, Niemcach, Kaszubach, Żydach, Rosjanach nie da się już powiedzieć. „Ucieczka do Egiptu” jest przepowiednią tego jak potraktujemy uchodźców z dalekich krain w trzecim dziesięcioleciu obecnego wieku.

I tylko żal, że zabrakło Huellego, gdy wraz z wojną przybyli kolejni Gdańszczanie z Ukrainy czy Białorusi. Nie ma kto opowiedzieć teraz o Ag. jak opowiadał Huelle o Gute Luisie.

***

Styczeń kończy się. Dostaję od zdjęcie od W. z Gdańska. Czarny monolit obsypany śniegiem. Paweł Huelle, pisarz. Jan 1,1.

Dodaj komentarz