
Notatki z Turynu (cz. II)
9.
– Nic nie widać – pani w okienku, do której jechali autostradą długą górską doliną, pozostawiwszy na nizinie deszcz i za którymś z tuneli doczekawszy się śniegu, nie pozostawiała złudzeń. – Mają państwo bilety do listopada, może zechcą państwo przyjechać kiedy indziej? – Ba, do listopada zmienić się mogło wszystko, żyli przecież w epoce zbójeckiej, im też mogło przecież odechcieć się podróży. Ogarnęło go poczucie klęski: od mniej więcej dwóch miesięcy delektował się tym widokiem. Lśniące bielą masywy i szczyty na tle jasnoniebieskiego nieba. Problemem mogło być oślepiające słońce, ewentualnie mróz, zwłaszcza, że cały wjazd na szczyt miał być niesamowitą niespodzianką, jedną z tych niepowtarzalnych, o której mieli długo nie zapomnieć. – Niespodzianki mają to do siebie, że czasem się nie udają – powiedziała mu A., gdy wjechali już na prawie trzy i pół tysiąca i rzeczywiście nic nie było widać. Bardziej od niego rozczarowana była chyba tylko zamożna rodzina z nastoletnimi córkami w futrach i z torebkami LV, która krążyła po górnej stacji od okna do okna, w każdym odkrywając jedynie biel, mleczną ćmę na całym nieboskłonie.
W restauracji na górze, w której jedli dania z polentą (Nie znoszę polenty – stwierdziła A.), naprzeciw na ścianie znajdował się wielki skalny krucyfiks a obok niego malutkie wyblakłe zdjęcie papieża z Polski. Papież patrzył na ten sam krucyfiks co oni, w tle mając obiecane zęby szczytów.
10.
Kiedy wrócili, był zmęczony porażką na szczycie, ciągłym ruchem wycieraczek przed oczami, poszukiwaniem najpierw stacji benzynowej (kiedy poszedł płacić, pracownik spokojnie palił papierosa nad dystrybutorem metanu), potem wjazdu na właściwy parking wypożyczalni.
W oknie mijanej cukierni prężyły się one: zakonnice (les religieuses) – różowy habit z profiterolki, kryza z białej czekolady, wnętrze wypełnione kremem waniliowym. W mieście pełnym kościołów i świętych niebo było na wyciągnięcie języka.
11.
Każdego dnia padało coraz bardziej. Kłócili się namiętnie, spacerując pod arkadami, które na szczęście miejscowi architekci zaplanowali przy ważniejszych corsach i piazzach. Było jak w listopadzie, deszcz padał głośno i intensywnie, a oni usiłowali go przekrzyczeć. Któregoś z ulewnych wieczorów wyszli poza portici i poprowadził ich w kierunku Padu, a potem nadbrzeżną ulicą na Vittorio Veneto: do osłoniętego pasażu dotarli przemoczeni.
12.
W niedzielny poranek w miejskiej galerii tłoczno: wózki, dzieci. Wystawa o nocnym niebie przywołuje romantyzm: cienie zamków w poświacie, brzaski, zmierzchy, światło księżyca prześwituje przez chmury. CDF bardzo byłby kontent.
W kolekcji stałej: „Chrzciny” Antonio Donghi: rodzina na schodach, uparcie poważna, bardziej nawet niż ta egipska.
Rozgryzam – znany badacz linii – ich pokrewieństwo. Ojciec, dwie córki, matka z niemowlakiem – wersja najprostsza, niemniej niepokoi różnica wieku pomiędzy rodzeństwem, starsza jest dorosła. A może: ojciec z wycofaną matką pod rękę, siostra w różowym, becik za to trzyma babcia – ona jest na pierwszym planie: ustawiła syna, pomiata synową, decyduje o przyszłości rodu, dzisiaj chrzczą JEJ wnuka.
13.
Pamiętał go ze świętych obrazków w cepeliowym pudełku. Przypominał na nich dziewczynkę albo Kevina z „Cudownych lat”. Garniturek z aksamitką, rączki grzecznie złożone do paciorka, błogość zamknięta w aureoli. Dominik Savio fascynował go.
(Dlatego pojechali do bazyliki w Valdocco, wypełnionej relikwiami i przepychem końca dziewiętnastego wieku, przypominającym rokoko. Sarkofag Dominika po lewej stronie, Don Bosco w szklanej trumnie po prawej).
Sto lat po śmierci kariera Dominika nabrała rozpędu. W roli świętego dziecka miał zastąpić małą Tereskę, której bazyliki wystawiły lata trzydzieste. Beatyfikowany w 1950, roku Wniebowzięcia, cztery lata później ogłoszony świętym: maszyny drukarskie wypluwają miliony obrazków, trafiających również do Polski.
W drugim dziesięcioleciu kolejnego wielu Dziecko nie zna Dominika Savio. Nowe święte dziecko, o którym uczą się na religii to Karol Acutis: jego portrety nie mają urody dominikowych, piosenka o świętym influenserze też brzmi jakby dorośli udawali dzieci.
(Ale w księgarni sanktuarium w Valdocco, Acutis zajmuje boczną półeczkę. W dziale obrazków niepodzielnie wciąż rządzi Savio).
14.
Epoką najodpowiedniejszą dla Turynu jest koniec dziewiętnastego i pierwsze dziesięciolecie dwudziestego wieku.
Rosną wtedy pomniki bohaterów risorgimento, Wiktor Emanuel II jest patronem wszystkiego, Rzym też jest Piemontem. Do cukierni sprowadzają z Paryża wspomniane les religieuses. Kominy na przedmieściach, fortuny w środku miasta.
Na wschód od pałacu wznoszą wówczas wieżę, która jest tak wielka, że nazywają ją po prostu Moc. Sam Nietzsche – dopowiada Wikipedia – wpadł w zachwyt, kiedy ją zobaczył. Kończą ją w tym samym roku co Eiffela.
To wszystko, co napisałem, to tylko przedmowa. Wewnątrz Mocy jest bowiem winda i wznosi się bez szybu, zawieszona w powietrzu. A że rzecz dzieje się w muzeum kina, widzowie mają wrażenie, że to jego magia.
15.
Działo się to w epoce, kiedy wierzył w znaki. Rysa na policzku Częstochowskiej wydłużała się, na końcu Lu. (potem tam zamieszkali i nie był to koniec) całe miasto przyjmował cudotwórca Nardelli, gdzieś nawet Matka Boska ukazała się na szybie w postaci pierścieni Newtona.
W tym wszystkim „Całun Turyński” Iana Wilsona (niebieska okładka, Instytut Wydawniczy Pax): przerażająca twarz na fotografii zrobionej przez NASA (nie wiem na ile to prawda, ale wówczas amerykańska agencja kosmiczna to był certyfikat wiarygodności).
Tremendum et fascinosum – wtedy jeszcze nie znałem Rudolfa Otto, ale do dzisiaj w ten sposób myślę o Całunie (nie wnikając zupełnie w to czy jest autentyczny, czy nie).
I dopiero w Turynie dopowiadam coś jeszcze: w kaplicy pałacowej – ogromnym pustym relikwiarzu – Całun okazuje się insygnium władzy królewskiej, rodowym talizmanem dynastii di Savoia.
16.
Co wieczór zachodzili do kerfa pod hotelem i kupowali po trzy jajka niespodzianki. W środku czaili się superbohaterowie. Kobieta Kot, Flash Gordon, Robin, oczywiście marzyli o Supermanie, ale podobnie jak Batmana nie sposób było go trafić. I jeśli coś zapamięta z tego Turynu, tego miasta deszczu i klęsk, którego nie zdołał nawet utrwalić, to będzie to zestaw plejmobilowych herosów.
