
Notatki z Turynu
1.
Nic nie widać. Pomysł, żeby w podróż wybrać się bez sprawnego aparatu A. od początku uważała za poroniony. Tłumaczył jej, że teraz asceza: widok w obiektywie jego telefonu rozpikselowywał się przy najmniejszym powiększeniu. Świat wyglądał więc jak we wczesnych dwutysięcznych: niewyraźny i rozmazany. Zresztą odkąd nie kolekcjonował zdjęć na insta, nie cyzelował ich układów – straciły na wartości, okazywały się za ciężkie dla telefonów i był pewny, że wielu z nich nie zobaczy nigdy więcej. Zastanawiał się, czy ma to sens, tysiące utrwalonych spojrzeń, proteza własnych neuronów, ocalanie chwil, które nieuchronnie biegły w przepaść: tam, gdzie wszystko inne (jak doszedł do wniosku owej krótkiej nocy, kiedy musieli wstać o trzeciej na poranny samolot).
2.
Nad placami, salami balowymi wielkie kandelabry, całe miasto z nich, korowody ciągną portykami. Obowiązuje symetria. Niosą Wiktorów i Humbertów do wielkich czynów ośniedziałe konie. Szkolne wycieczki recytują patriotyczne wiersze.
3.
Jak w fotobudce rodzina nuklearna: mama, tata, pośrodku córeczka. Tylko ten trójwymiar i hieratyczne pozy. Grobowa cisza wokół nich, tak podobni do nas, że aż wzruszający.
Albo te nagie tancerki: nowy trend z tik toka utrwalony nim powstał: cztery tysiąclecia w tył.
Podpisy tłumaczone z muzealnego na urzędniczy: w okresie Średniego Państwa inspektorzy kontroli i skarbowi wysyłani w delegacje na prowoncję, częstokroć pozostawiali w lokalnych świątyniach swoje statuy. Dzięki nim możemy analizować delegacje niektórych z nich, a także śledzić przebieg ich kariery. (Och, miałbym pomnik we Wrocławiu!)
Skoro wszystkie uszebti osiadły w gablotach, kto w zaświatach orze pola?
Każde muzeum egipskie opowiada o śmierci, tutaj nie inaczej.
4.
W jednej z sal Muzeum Orientalnego przetrzymują bóstwo tybetańskie, złote i złowrogie, które przemawia po włosku z tłumaczeniem na angielskim. – Oglądasz mnie i fotografujesz jako eksponat – mówi zdenerwowane bóstwo. – A jeszcze niedawno oddawano cześć mojej potędze w świątyni. Zwiedzającym robi się głupio i przechodzą do sali małomównych Buddów.
5.
Siedzieli w przednim przedziale obserwując tunel. Za stacją Dante automatyczne metro zjechało w dół. Może to tylko przypadek? – pomyślał.
6.
Moja przygoda z Alicią Neel zaczyna się od indyka w zlewie: rozmraża się niedaleko butelki ajaxu (kiedy moja ciocia wróciła ze Stanów opowiadała o jego cudownych właściwościach) i jest doskonale antypatetyczny. Dopiero później pozostałe portrety. Izabelita, od której nie możesz się oderwać.
Dopiero teraz doczytuję: utrata dziecka w Nowym Jorku, oddział dla niedoszłych samobójców, kochanek oszalały z zazdrości, Komunistyczna Partia Stanów Zjednoczonych, sława po sześćdziesiątce (jeszcze masz czas – powtarza Alicia).
„Ucieczka do Egiptu”: w listopadowym pejzażu dwoje niemłodych ludzieńków. Ona w trzecim trymestrze, on też dźwiga: futerał wiolonczeli. Szare obłoki nie wskazują drogi.
7.
Dziecko fotografowało weneckie pejzaże Canaletta, kiedy podeszła do nas jakaś pani i przedstawiła się, że jest Wenecjanką (nowa ortografia!) i bardzo ją wzrusza, że Dziecko właśnie tutaj robi zdjęcia. – Jest jego ulubionym włoskim miastem – skłamałem (jest Mediolan): małe kłamstewko a poruszyło ją jeszcze bardziej.
Tymczasem ja: Renoir (chyba najlepszy ze znanych mi Renoirów).
8.
Francesco Garnier Valletti poświęcił życie na skrupulatne odtwarzanie owoców, szczególnie – tak jak Jo. – cenił jabłka i gruszki. Odlewał ich kształty ze specjalnej mieszanki, a następnie precyzyjnie malował skórki. Był potomkiem mistrzów wosku: owoce zawiodły go aż na dwory do Wiednia i Petersburga. Nikomu wszakże nie zdradził tajemnic woskowej doskonałości. Pozostało po nim kilka setek okazów bliskich ideałowi, w tym kilkadziesiąt odmian renet (pisanych reinette).
Ach, ci kolekcjonerzy. Siedziba muzeum dzieli budynek ze zbiorem tatuaży wycinanych z ciał bandytów przez Cesarego Lombroso.
