
Parę słów w styczniu
1.
Dwaj humaniści, długowłosi w płaszczach, w autobusie rozmawiają o Izajaszu Drugim (rozdział 41). Są egzaltowani, nic dziwnego, że wysiądą na Egzaltowanym Żoliborzu. Donośni tak, że autobus słucha. Byli na Sylwestrze i jeden zdziwiony dopytuje drugiego: i rok temu, i teraz dziunie się jakieś pojawiają, skąd one się biorą?
(Dziunia i Izajasz – pomyślałem, że zapiszę ideę na tytuł).
2.
Odkąd Jo. przemieniła się w fanatyczkę pomologii, pasjonują mnie łotsapowe wymiany uwag z nią na tematy sadownicze. Ona żongluje nazwami odmian ze staroniemieckich sadów, ja, nieledwie smakosz jabłek, bronię nowych kultywarów ze stoiska na hali.
Wokół jabłek Jo. buduje całe gmachy teorii, przy czym jej radykalizm – a mogłaby należeć do Frakcji Szarlotkowej Armii albo Brygad Męczeników Al-Reneta – jest dużo zdrowszy niż ten skierowany ku religii czy narodowi. W przeciwieństwie do obydwu, jabłka nie są bowiem konstruktem społecznym.
Poznałem w życiu już skrajnych heraldyków zdolnych zabijać dla kształtu korony orła, wojowniczych cyklistów dążących do eksterminacji kierowców samochodów – wobec nich marzenie o jabłoniach odmiany różanka, cesarz Wilhelm, landsberska, grafsztynek, zaszczepionych na nowo w nadwiślańskich sadach wydaje się zupełnie niegroźne.
Jo. podobnie jak nowymi, gardziła też starymi odmianami tutejszymi. Czasem więc tylko napomykałem o smaku koszteli z pochylonego drzewa na wsi u I. i H., inne: kronselki, antonówki, papierówki, koksy były mi zupełnie obojętne.
Istnieją prawdziwe jabłka – pisała Jo. – ale zwykli ludzie zadowalają się ich marnymi podróbkami.
3.
Chciałem gładzić jabłka czy szorstkie, ale hala zamarzła. Oblodziło terminale, tylko gotówka i smocze owoce obficie. – Drzwi! – się drze jakiś ostaniec warzywny. Grek roznosi kawę sprzedawcom oliwy.
