dziennik 2/26

Wierchomla, styczeń 2026 r.

Narty. Notka

Tak jak położone w górach sanatorium symbolizowało pierwszą połowę dwudziestego wieku, tak na przełomie wieków i dalej w głąb dwudziestego pierwszego rolę tę odgrywał ski resort. I podobnie jak penicylina zakończyła tamtą epokę, tak katastrofa klimatyczna pozbawiająca niżej położone partie gór śniegu i lodu, powoli, lecz systematycznie zwyciężała nad epoką szusowania.

Przyznam, że nie znam zbyt wielu tekstów kultury dziejących się na stokach czarodziejskich gór. Może dlatego, że nigdy nie pasjonowało mnie narciarstwo. Ernest i Hadley zjeżdżali w czasach jeszcze sanatoryjnych.

Tytułowy wuj Henryk z narratorem opowiadania gubili się w śnieżycy na wzgórzach nad Gdańskiem.

***

Przyjechaliśmy w dzień Nowego Roku. Już po zmroku. Śniegu nie było wiele, ale na tyle, że biel rozjaśniała wieczór. Nad wsią majaczyła bryła łemkowskiej cerkwi, oświetlone okna, Nowy Rok bieży, odkąd zabrakło Łemków, odprawiano w niej rzymsko, choć na zakończenie mszy ostatni ministrant domykał za sobą carskie wrota a anioły nosiły wstęgi z cyrylicą.

Dolina zwężała się, las podchodził pod drogę. Na końcu, oświetlony, zjawił się górski hotel. Dalej, za nim, w górnej części doliny, znajdowały się stoki.

O tej porze wszyscy byli w jadalni. Stoliki zajęte hen po szopkę ozdobioną gwiazdami. Rodziny, mnóstwo dzieci, gwar, zapach obiadu.

Długie hotelowe korytarze. Obowiązujące dwa rodzaje ubioru: styl narciarski z ocieplaną bielizną i kombinezonem lub białe szlafroki rodzin zmierzających do spa i na basen. Wiecznie otwierane i zamykane drzwi, odgłosy, nawoływania, szumy, wózek rozwożący wodę i ręczniki. Życie.

***

Wieczorami schodziliśmy do baru, zasiadaliśmy w lobby i graliśmy w mafię. Było tak jak kiedyś i jak – wydawało się – nie miało się nigdy powtórzyć.

Mamo, kup mi gorącą czekoladę – powtarzała Aa. i pasowało mi to na zakończenie, puentę krótkiej notki z nart.

3 Comments

Dodaj komentarz