dziennik 1/26

Wierchomla, styczeń 2026 r. Zdjęcie wykonane przy użyciu aparatu dla seniorów.

Ten sam zachwyt

Na początku tego roku osiągnąłem pełnię istnienia. Moment zen, zenit, apogeum, optimum, peryhelium. I nawet jeśli od tej pory miał zacząć się zjazd, miałem na swoją obronę te trzy poranki u pani Basi.

Przychodzilłem o dziewiątej, zamawiałem kawę, wpatrywałem się w ogień po środku, i czytałem Huelle’a. Wyglądałem na śnieg, gdzie A. i Dziecko zjeżdżali powolnymi zakosami a orczyk terkotał melodyjnie. Zamawiałem herbatę z cytryną i wracałem do opowiadań.

Ten sam zachwyt, który ogarniał mnie dwadzieścia kilka lat temu powracał do mnie teraz, kiedy czytałem „Pierwszą miłość”, „Wuja Henryka” albo „Gute Luisę”.   Do chaty pani Basi wchodzili nie mennonici, ale kolejni narciarze z dziećmi.

Pani Basia była tu narratorką. Opowiadania o górskiej dolinie i jej mieszkańcach powierzane były znajomym i koleżankom z kuchni. Ksiądz tego roku chodził od dołu, umarł ojciec pani, co sprząta, córka pani Basi zachorowała na płuca.

Obie narracje: pani Basi i Pawła Huelle łączyły się we mnie, mieszały ze stygnącą kawą, oferowały szczęście.

Napisałem nawet wdzięczny list do M., bo to ona pierwsza pokazała mi „Opowiadania na czas przeprowadzki”. W tamtej epoce wymienialiśmy listy raz na tydzień a w podziemiach stacji centralnej kupowałem wymyślne papeterie.

A. i Dziecko z każdym dniem jeździli lepiej i bardzo się obawiałem, że pewnego ranka zmienią stok i odbiorą mi mojej miejsce z ogniem i „Szczęśliwymi dniami”.

Będę musiał wstać, wyjść, coś zmienić, wyjechać, wrócić do oparów szarości.

Dodaj komentarz