
W głąb grudnia
1.
Ten tydzień na Nizinie: cały z głębokiej szarości. Po kilka razy drzemka. Noc łagodnie przechodzi w ranek, zmieniając jedynie odcień. Jesteśmy jak przygarbione kamienie pod niskim sufitem nieba.
2.
Tymczasem J. wysyła florenckiego Fra Angelico. U niego wszystko jest nasycone tym południowym światłem, którego próżno wyglądać na Nizinie: niebo ma barwę nieba. – Kiedy ostatnio byłeś radosny? – pyta A. – Chyba w Barcelonie – odpowiadam.
3.
– Co to znaczy szponcić? – zapytuje Dziecko. – To młodzieżowe slowo roku, nie wiem, ty powinieneś – odpowiadam. – No właśnie, Igor pytał siostry z liceum, i ósmych klas, i innych, i młodszych też, i nikt nie wiedział. Ja też nie wiem.
4.
Zdarza się.
Jeśli coraz bardziej pchasz się w cuda i objawienia, po kilku niebach, otrzymujesz apokaliptyczne wizje. Mówią oschłym głosem starcy z góry Athos. Świat zmierza ku upadkowi. Tak jak uczyli w Pobożnie: nie ma ratunku, chyba że w ortodoksji. Polska będzie ocalona, ale dziwnym trafem ta religijna odnowa ma serce w Trzecim Rzymie: tylko tam przetrwały wartości, nie w bezbożnej Ukrainie.
5.
Dwadzieścia lat temu świat opisywałem naiwnie. Pałałem entuzjazmem z powodu wyborów w Chile. Michelle Bachelet, socjalistka. Nie mogę się pozbyć poczucia wstydu, że wierzyłem w pęd ludzkości ku lepszemu.
Wybory prezydenckie w Chile wygrywa José Antonio Kast, ultraprawicowiec, syn hitlerowca.
