dziennik 104/25

Warszawa, grudzień 2025 r.

O miłosierdziu, śledziach i Bożym Narodzeniu

1.

Dziecko (podobnie jak reszta klasy) ocenia zachowanie kolegów. Takie ćwiczenie. Postawiło wszystkim wzorowe. – Dlaczego? – pyta pani. – To miłosierdzie – odpowiada.

(A więc nie na marne).

2.

Trzeszczący. Tak się po nim szło. Nad miękkością cienka jak opłatek warstwa ze szronu. W tej całej katastrofie najbardziej żal mi grudniów jak z kartek, rysowanych na szybach mrozem. Przyglądam się światłom w kałużach.

(Jeśli Boże Narodzenie to pewien konstrukt złożony z wrażeń zmysłowych: smaków, dźwięków, zapachów, obrazów, katastrofa wyklucza jego odtworzenie.)

3.

Na Miodowej dwie starsze panie w sto osiemdziesiąt. Makijaż bezbłędny. Mowa elegancka. Dawno się nie widziały. Wymieniają imiona:

Tylu chłopaków już umarło – podsumowuje jedna. – Wiesz, bo oni szybciej.

4.

Ma już drugą urojoną ciążę. Powinna mieć dzieci. Szukaliśmy partnera, ale on w końcu wyjechał na rok do Stanów – w kolejce u braci pani opowiada o jamniczce w niebieskim sweterku.

5.

Poddenerwowane zawodzenie mew, coraz niżej nad biało-czerwonymi paskami straganów. Spozierają pożądliwie na wystawione w wielkich wiadrach świąteczne śledzie.

6.

W kucki pod metalowym płotem przystanku coś pisze na telefonie. Ziąb, szarość. Pierniczek obok niej, pluszowy, odwrócony plecami do ulicy.

7.

Statek kosmiczy Providence świeci na kolor buraczkowy. – Mój ulubiony kolor – mówi Ada, która poza tym niewiele mówi i zostaje wspomniana tutaj przez cudowną symetrię swojego imienia.

1 Comment

Dodaj komentarz