
O miłosierdziu, śledziach i Bożym Narodzeniu
1.
Dziecko (podobnie jak reszta klasy) ocenia zachowanie kolegów. Takie ćwiczenie. Postawiło wszystkim wzorowe. – Dlaczego? – pyta pani. – To miłosierdzie – odpowiada.
(A więc nie na marne).
2.
Trzeszczący. Tak się po nim szło. Nad miękkością cienka jak opłatek warstwa ze szronu. W tej całej katastrofie najbardziej żal mi grudniów jak z kartek, rysowanych na szybach mrozem. Przyglądam się światłom w kałużach.
(Jeśli Boże Narodzenie to pewien konstrukt złożony z wrażeń zmysłowych: smaków, dźwięków, zapachów, obrazów, katastrofa wyklucza jego odtworzenie.)
3.
Na Miodowej dwie starsze panie w sto osiemdziesiąt. Makijaż bezbłędny. Mowa elegancka. Dawno się nie widziały. Wymieniają imiona:
– Tylu chłopaków już umarło – podsumowuje jedna. – Wiesz, bo oni szybciej.
4.
Ma już drugą urojoną ciążę. Powinna mieć dzieci. Szukaliśmy partnera, ale on w końcu wyjechał na rok do Stanów – w kolejce u braci pani opowiada o jamniczce w niebieskim sweterku.
5.
Poddenerwowane zawodzenie mew, coraz niżej nad biało-czerwonymi paskami straganów. Spozierają pożądliwie na wystawione w wielkich wiadrach świąteczne śledzie.
6.
W kucki pod metalowym płotem przystanku coś pisze na telefonie. Ziąb, szarość. Pierniczek obok niej, pluszowy, odwrócony plecami do ulicy.
7.
Statek kosmiczy Providence świeci na kolor buraczkowy. – Mój ulubiony kolor – mówi Ada, która poza tym niewiele mówi i zostaje wspomniana tutaj przez cudowną symetrię swojego imienia.

Na Lubelszczyźnie – czy mogę powiedzieć Pani komplement? Pan mówi. Mąż zmarł trzy lata temu a i mężów koleżanek dawno nie ma…
PolubieniePolubione przez 1 osoba