
Nekrolog dla Martina Parra
Umarł Martin Parr. Jego fotografie nie były wzniosłe jak u Roberta Franka, Franceski Woodman czy Sally Mann (że wymienię ulubionych). Nie miały w sobie też dramatyzmu z Nan Goldin. Nie, Martin Parr celebrował codzienność. Pierwsze jego zdjęcia, które wpadły w moją ikonosferę (czyli folder na telefonie) przedstawiały angielskie letniska. Uczyłem się z nich wakacyjnego fociania doceniającego przedmioty zwyczajne i sytuacje całkowicie niefotogeniczne. Nie landszaft jak u wszystkich, a tacka z baru, nie pozowany portret z plaży, ale scenka ze smarowania kremem.
Parr był bacznym obserwatorem turystyki masowej, kronikarzem epoki urlopów. Tak jak owi turyści, nie wahał się przekraczać granicy między brzydotą a urodą, kiczem a dobrym smakiem. Można się tym było oczywiście znudzić, zwłaszcza uderzającymi w oczy kolorami, ale Parr – jak to powiedziano wyżej – nie był specjalistą od wzniosłości. Po nią gdzie indziej.
(Ćwiczenie praktyczne: przyjrzyj się stoiskom z pamiątkami na jarmarku świątecznym i postaraj się dostrzec ich urok).
No i jest ten podwójny portret z kawiarni. Po śmierci Parra rozpoczął drugie życie. Jego bohaterowie też są na urlopie w plażowym kurorcie. Przez całe życie razem zdążyli powiedzieć sobie wszystko, na kelnera wyczekują więc w ciszy. Takiej, którą widać na zdjęciu. Tych par przy stolikach zebrało się u Parra sporo, powstał z tego nawet album „Znudzeni we dwoje”. Całe szczęście za kilka lat nadejdą smartfony, i nuda odejdzie do lamusa, zastąpiona kilometrami fidów (oraz wymianą wzajemnych cierpkich uwag, że nie możesz się oderwać).
