
Listopad w stylu B.
Autobus. Ta w czarnej maseczce zanosi się kaszlem przy oknie. Patrzą. Odchylają głowy. Sprawdzają. Odruchy sprzed pięciu lat. Czytam Białoszewskiego. Jak zwykle kradnę ton.
Czytam swój pierwszy dziennik. Mam dziesięć lat. O tym później. Po co go pisać, stwierdza Dziecko, ma dziesięć lat, jeśli niewiele wnosi. Radykalniejszy od A. Jeszcze nie wie, że jest jednym z bohaterów.
J. pisze, że w czytaniu wierszy Reznikoffa przeszkadza jej dzisiejsza Palestyna. Nie napisałem tego w notatce, może wstydząc się podobnego odczucia. Mam dokładnie tak samo. Wagner po czterdziestym piątym.
Pada śnieg, mokry. Zamienia się w wodę. Zmywa plamy po liściach, co wyglądały jak krew. Nie mają mieszanki, będą żelki. Potem pada na biało, ale rano tylko kałuże.
Pod oknem basenu. Dalej B., gęsto go. Mop wjeżdża mi pod nogi. Siedzimy, siedzimy, nic się nie dzieje. Woźny. Mop przejeżdża wzdłuż. Zapach cytrynowy. Boże kochany, wzdycha przy aparacie z kawą.
Budzę się w nocy. Może nie zasnąłem. Drapie mnie w gardle. Kaszlę. Jak ja jutro pójdę spotkać Dż. i R., myślę sobie. Myślę też o pani w czarnej maseczce.
W księgarni starsza pani – mogłaby być młodą bohaterką B. – rozprawia o czytanej książce. Nie wiesz w końcu czy jeszcze trzyma się fabuły, czy już przeszła na realne. Cienka granica fikcja, niefikcja.
Święto dzisiaj. Czarny Piątek, prawie jak Wielki kiedyś. Dziecko na pierwszej dyskotece. A. pojechała do zary. Wraca, nic nie kupiła. Ludzi mało mówi, nie świętują widać.
Na hali z J. Mówię, czytanie B. powolne. Susz już. Jeszcze dynie ostatnie. Grzybki pan zachęca. Mewy krążą. Kwiaciarzy zdjęli. Łyso tak przed halą. Chyba wrócą, bo jak to. Śpiewa samotnie Peruwiańczyk.
