
Listopad, listopada, listopadowi
Nazajutrz, na samym początku listopada, pojawili się macherzy od lampek. Deszcz padał nieustannie a oni na wysokościach oplątywali drzewka, zrzucając hurtowo ostatnie żółte liście. Jesień miała ulec definitywnej przemianie w zimę.
To wtedy postanowił, że chce do Włoch. W książce, którą akurat czytał, pojawiała się fraza pola Umbrii. Kiedy ją powtarzał, stawały się całkiem realne.
Potem wróciło słońce. Liście topoli zostawiały odciski w płytach chodnikowych na wzór paproci w prehistorycznych kamieniach. Niespiesznie.
Dziecko uczyło się deklinacji.
Prawdziwym świętem okazało się odkrycie grobonetu na cmentarzu w P. Nie odrywał się od niego. Księgował, klasyfikował i systematyzował. Lakoniczne zapiski nabierały realnych lastrykowych kształtów (przy okazji zajrzał na Bródno, do Puław i Lubartowa).
Może zamiast pól Umbrii starczy geometria Barcelony?
