
Wayne Miller, Koniec dzieciństwa i inne wiersze, tłum. Piotr Florczyk, Instytut Mikołowski 2025
Kiedy, po obfitych plonach amerykańskiej prozy, postanowiłem zabrać się za poezję, okazało się, że gatunki niewiele się różnią.
Jest bowiem w tomiku Wayne’a Millera sporo utworów, które mogłyby być prozatorskimi miniaturkami z życia Ameryki, tej bardziej odległej, opisanej jak w „Etapach podróży na zachód”: kadry zupełnie nie z pocztówek – centra handlowe, motele, kiwon za różowym płotem (coś podobnego jak w Polsce u Prowincjonalnego Fotografa).
Moje skojarzenia rzeczywiście stają się fotograficzne, może niezbyt oczywiste, sięgają zresztą dalej, do dokumentacji Farm Security Administration. Kiedy przestaliśmy spłacać raty – Miller opisuje bańkę z dwa tysiące dziewiątego – to poetycki odpowiednik Dorothei Lange.
Ale w tym tomiku najbardziej umiłowałem tytułowe fragmenty o dzieciństwie. Tym razem obsługę fotograficzną zapewnia Sally Mann a Wayne Miller znów zamienia aparat na edytor tekstu. Jak tutaj:
Moja córka zsunęła się w wannie/ tak, że tylko wyspa jej twarzy/ przebija powierzchnię –
„Koniec dzieciństwa” jest więc w istocie albumem, w którym zdjęcia zostały zastąpione przez zdania (kiedy umarł mój insta czyniłem podobnie).
Ale jedno z nich, epigramat właściwie, trafia we mnie – szykuję zupę krem i dobieram się do ich pustych wnętrz. Wpatruję się – dzięki Millerowi – już nie w gniazdo nasienne, ale w nietzscheańską otchłań:
ŚMIERĆ/ Wraz ze wzrostem papryki/ rośnie w niej powietrze

2 Comments