
Tim O’Brien, To, co nieśli, tłum. Tomasz S. Gałązka, Czarne 2025
Rozmowa Mistrza Tima ze Śmiercią
1.
Połykam te opowiadania jedno za drugim, peteesde podane w małych porcjach. Mają swój rytm, jak zaczynam w piątek po przebudzeniu, to w sobotę w południe – z Chopinem w tle – kończę.
Chciałem napisać, że to jest o wojnie. I u O’Briena to wojna jest tym niewypowiadalnym, tym, co siedzi wewnątrz, zjada od wewnątrz. I chyba śmierć przyjaciela na polu gówna – wciskający się wszystkimi zmysłami naturalistyczny opis – jest kulminacją wojennej prozy, kulminacją pisania o wojnie, i nieważne czy to Wietnam, czy zupełnie inna strona świata. Wszystkie wojny polegają na tym samym. Są ostatecznym hajem ludzkości. To, co opisywali pierwszowojenni, to, że wojna jest mielonką, O’Brien uzupełnia, zagęszcza:
Ta cała wojna (…) Ty wiesz, co to jest? Po prostu jedna wielka uczta. Dania mięsne, facet. Ty, ja. Wszyscy. Mięcho dla robactwa (s. 237).
2.
Przez większą część lektury przyjmowałem, że zbiór opowiadań O’Briena jest po prostu o wojnie. Że jest mocnym głosem wobec tych wszystkich podżegaczy, wobec tych, co w muzeach wojennych chcieliby doświadczać piękna, ale także wobec przemądrzałych jajogłowych, którzy uważają, że wojny toczą cnotliwi ze złoczyńcami. Ten chłopak z Minnesoty też nie zamierza zabijać, nie zamierza nazywać spalonych niemowląt prażonymi orzeszkami. Ba, myślę, nie może sobie nawet tego wyobrazić, nie mieści się to w jego światopoglądzie, dobrym wychowaniu, w jego języku.
To on, autor „To, co nieśli” dobitnie mówi ze środka wojny, wprost z pola gówna:
Prawdziwa historia z wojny nigdy nie niesie morału. Nie poucza, nie popycha ku cnocie, nie podsuwa modeli pożądanych ludzkich zachowań, nie powstrzymuje ludzinprzed czynieniem tego, co czynią od zawsze (…) jeśli na koniec opowieści z wojny czujecie się podniesieni na duchu (…) to padliście ofiarą bardzo starego i podłego łgarstwa (s. 78).
Oglądamy kadry z Gazy i owszem widzimy ofiary, ale sporo filmików przedstawia też radosnych sprawców (nie mogę zapomnieć tego przymierzającego dziecięcą sukienkę). Czy mają dzisiaj jakiś inny język? Czy zabite przez nich niemowlęta nadal nazywają prażonymi orzeszkami?
3.
Ale jest jeszcze ostatnie opowiadanie, które porządkuje wszystkie wcześniejsze w tomie. Nadaje im morał, o który dopomina się ciągle Mitchell Sanders.
Nagle odkrywasz, że źle przeczytałeś, jeśli czytałeś tylko o wojnie. Ta końcowa historia o dwojgu zakochanych dziewięciolatków (urocza, bo to zakochanie nie zna właściwych do wypowiedzenia słów) nadaje całości sens. Teraz odnajdujesz w pozostałych opowiadaniach naprowadzające znaki.
Tim O’Brien pisze przeciw śmierci, a wojna jest tylko jedną z jej personifikacji. To literatura ratunkowa, ocalająca, pozwalająca uratować, wyciągnąć ze szlamu, zdjąć z drzewa, złożyć w całość, zabrać z domu pogrzebowego.
Dlatego finałowe słowa zabieram w całości. Ostateczny cel literatury.

