dziennik 82/25

Powązki, październik 2025 r.

Powązki chwilę przed sezonem

Na rogu Powązkowskiej i Okopowej, tam gdzie się biegnie do sto osiemdziesiąt albo spieszy do ulubionej śniadaniowni, mieścił się pawilon ze sklepem spożywczym. Nie wiem kiedy społem zniknął, przed czy po czarnym kocie, w każdym razie nie było go od pewnego czasu. Teraz pojawił się w nowej stylówce: czerń i biel, i elegancki napis DOM POGRZEBOWY.

Przylądek śmierci w środku życia (po przekątnej McDonalds spotkajmy się).

Nie z tego powodu ciągnęło mnie na Powązki. Raczej jesień. Niskie słońce. Smutna poezja. Ciekawość ulicy Smętnej: czy da się ją dostrzec z katolickiej strony? (spojler: nie da).

Dzikie Powązki, ta część od szóstej, siódmej bramy, mech obrastający kamień, wytarte do białości porcelanki, szorstka droga, kopce liści, modernistyczne mastaby, wijący się bluszcz. Pierwsi nadchodzili spełniać swe jesienne obrzędy. – Szur-bur – niosło się echem: ktoś pastował płytę. – Wuuu – ktoś inny rozdmuchiwał październik. Jeszcze jeden wypełniał złotem litery z pieczołowitością godną buddyjskiego mistrza. Pojedyńczy, zapobiegliwi, unikający tłumu.

Notowałem. Wieloletni prezes zarządu głównego – musiał być znany tak, że nikt wówczas (rok 1937) nie wyjaśniał, czego to był zarząd. Nieznajomy skrzypek – dba o niego związek skrzypków – na zdjęciu akurat pozbawiony skrzypiec. Jeanne, trzydziestodwuletnia Francuzka zagubiona wśród nagrobków (co znaczy wieniec zamiast krzyża?)

Doktor G., mąż sąsiadki z R., tej z którą nieomal wyjechałem do Ameryki, tu spoczywa z pierwszą żoną (rok 1935), choć sam zginął już w „Sztandarze Ludu” (rok 1965).

Cały czas wzdłuż murów, poszukując ujścia Smętnej. W którymś momencie przejście pomiędzy kwaterami rozwiera się. Stajesz naprzeciw muru, za którym następny cmentarz, a wydaje się las.

Coś niebosiężnie uroczystego.

1 Comment

Dodaj komentarz