Inwestytura

Za kulisami Święta: ciężarówka do transportu koni kawaleryjskich na pl. Teatralnym, Warszawa, 6 sierpnia 2025 r.

(W mojej parafii – opowiada koleżanka – ksiądz odwołał dzisiaj wieczystą adorację najświętszego sakramentu, żeby wszyscy mogli uczestniczyć w transmisji).

Widziałem szczęśliwych Polaków. Szli pod oknem machając flagami z orłem i bez, z nazwami miejscowości, nazwiskiem prezydenta, kotwicami, wizerunkami matek boskich. Szli w strojach ludowych, z kotylionami, w których barwy narodowe łączyły się pod małym portretem, nieśli krzyże z kwiatami i orły zamiast krzyży. Śpiewali na różne melodie, niektórzy przywieźli ze sobą sprzęt nagłośnieniowy, inni wybrali a capella. Znajdowali się również samozwańczy bardowie, marzący o tym, że po szóstym sierpnia, obwołają ich Kaczmarskim. Przetaczający się lud przypominał mieszaninę pielgrzymki, pikniku i meczu, coś jak przyjazd Jana Pawła w najlepszych latach pontyfikatu. Wuwuzele trąbiły.

Oczywiście pojawili się też sprzedawcy gadżetów, ci sami, co w okolicach meczów reprezentacji: ze swoich furgonetek wyładowali flagi i szaliki, tudzież chorągiewki z dala przypominające flagę Australii a z bliska będące portretem Nowego.

Wcale niełatwo jest tutaj zobaczyć szczęśliwych Polaków. Zwykle idą skwaszeni, nieco smętni, rozpamiętując paragony grozy i klęski powstań. Przecież nawet polski uśmiech oznacza lekki grymas. Dlatego tak bardzo poruszyli mnie dzisiaj tym swoim karnawałem, Świętem.

Oczywiście to nie było moje Święto, ale doskonale wiecie z eksperymentów z patosem, że communitas budzi tęsknotę, chęć poczucia wspólnoty z rozentuzjazmowanym tłumem w jednej frazie wyrażającym wdzięczność Bogu i nienawiść wobec wszystkich, którzy nie podzielają narkatolickich wizji.

Ta communitas miała posmak ludowej rewolty, takiej która obala obowiązujące dyskursy. Odwrócony – z mojej perspektywy – język triumfował, a rzeczy, których – jak uważano – należało się wstydzić, przestawały być powodem do wstydu. Byliśmy zamożną Warszawą wobec Gostyninów, Urzędowów i wszelkiego rodzaju Pobożn, leżących daleko za limesem, nakarmionych lękiem przed imigrantami, Europą, wszechmogącym Tuskiem, Niemcami, Żydami, Ukraińcami, gejami i wychowaniem do życia w rodzinie. Lekiem na te lęki stał się Nowy (Nasz Prezydent, Nasz Anioł Stróż – pisze ktoś), dlatego obchodzono to Święto, karnawał, tryumf.

(Co się je w Polsce na obiad? – pyta J., która powróciła z daleka i znowu będzie występować tutaj. Karmisz się czystą polskością i to wystarcza – odpowiadam).

Dodaj komentarz