
Jacqueline Harpman, Ja, która nie poznałam mężczyzn, tłum. Katarzyna Marczewska, ArtRage 2024
Usiadłem w samolocie (nie latajcie nigdy KLM), zacząłem kartkować (później wróciłem do tych pierwszych stron) i niemo wykrzyczałem, co to jest? Kobiece science-fiction? „Seksmisja” na odwrót? To trwało tylko chwilę, parę kartek, bo później się okazało, że od powieści Harpman nie da się oderwać
i od galopującego smutku, który wywołuje, też nie.
„Ja, która nie poznałam mężczyzn” to powiastka filozoficzna, bardzo mocny zapis umysłowego doświadczenia z dziedziny epistemologii, etyki i ontologii.
Czym jest wiedza? Czym jest czas? Czym jest moralność? Czy świadomość istnienia tworzy się w relacji z innym, czy osiągamy ją samemu? Czy życie skazane na śmierć ma sens a jeśli tak – to jaki?
Pojawiają się też pytania pomniejsze: czym jest literatura (Dopóki na tym stole pozostaną kartki pokryte moim pismem, dopóty w czyimś umyśle będę się mogła stać rzeczywistością, s. 178)? Kim jest dziecko w relacji do dorosłego?
To nie jest tak, że Harpman posiada jakieś odpowiedzi, raczej wymusza na czytelni(cz)kach refleksję. Dość bolesny proces, a w izolacji nad chmurami nawet dość przejmujący. Dajmy na to kwestię czasu – Dziewczynka, bezimienna główna bohaterka i narratorka zarazem, odtwarza przebieg eksperymentu prowadzonego przez Michela Siffre.
Najtrudniejsze pozostaje na koniec. Sami stajemy się królikami doświadczalnymi: przyzwyczajeni jesteśmy bowiem do bohaterów w kontekście społecznym. Ich wewntęrzne monologi zaczepiają o cudze życia, nawet u takiego egotyka jak narrator „W poszukiwaniu straconego czasu” kluczowa jest relacja z innymi. U Harpman musimy sobie wyobrazić radykalną samotność jedynego człowieka na świecie. I to wyobrażnie – przyznaję – mrozi krew w żyłach.
(Na wysokości jedenastu kilometrów).
