
Yuri Lee, Brokułowy cios, tłum. Zuza Olszewska, ArtRage 2025
Zdziwiłem się, bo tomik był bardzo tajfunowy. Tak bardzo, że w samolocie oddałem pierwsze opowiadanie A., która gustuje w dalekowschodnich opowiadaniach, mieszających realizm z wyobraźnią w sposób najzwyczajniej naturalny. Ojciec, który przemienił się w drzewko; kosmici dokonujący zmartwychwstania topielicy; gadająca iguana pragnąca wybrać się do meksykańskiego raju dla jaszczurek – przyjmujemy surrealistyczne zwroty akcji jako coś zupełnie codziennego i mówimy aha.
Zresztą to pierwsze opowiadanie, to które oddałem A., jest majstersztykiem surrealizmu. Powstaje z niego w mojej głowie krótki film, nawet wyobrażam sobie miejsca akcji jak pewien park podobny do parku w Szanghaju, w którym kiedyś siedzieliśmy na ławce.
No i banchany. Opowiadanie o nich przenosi mnie do restauracji na Żoliborzu, tej, która smakuje w tym roku, gdzie na oknie stoi wielki plastikowy pies. Dawno temu, gdy oglądaliśmy dużo filmów azjatyckich, odkryliśmy, że w każdym z nich się je. W kinie europejskim dziewięćdziesiąt minut można smęcić i nawet drobnej przekąski, w azjatyckim – jedzenie jest jednym z bohaterów. W opowiadaniach Yuri Lee też. Nawet, gdy teraz piszę, zaczynam odczuwać głód.
Niemniej, kiedy ktoś zapyta mnie o „Brokułowy cios”, nie będę opowiadał o surrealizmie ani o jedzeniu, zamiast tego odpowiem, że dzięki Yuri Lee (i jej tłumaczce) dowiedziałem się, że iguana i legwan to to samo.
