
Czytając Tobiasa Wolffa w tramwaju
Tramwaj, który nadjechał pamiętał ową epokę, w której zjawił się w tym mieście. Blaszana skrzynka, która w słońcu rozpalała się i jedynie otwarte na wskroś okna chłodziły jej wnętrze. Otarł pot i zaciągnął się zapachem wagonu podobnym do zapachu pociągu z Lublina niedzielnym popołudniem lata temu (dokładnie z tamtej epoki, z której pochodził tramwaj).
Remonty torowisk powodowały, że na Jana Pawła stadami nadjeżdżały egzotyczne linie, które powinny znaleźć się na drugim brzegu jak 20 albo 26. Było to irytujące, bo wlaściwa, czyli jego, linia nie zjawiała się długo a kiedy nadjechała – czarne 33 na żółtym, remontowym, tle – okazała się skrzypiącym blaszakiem.
Przez dłuższy czas nie działo się nic ciekawego. Jakaś kobieta głośno rozmawiała przez telefon – przecież jesteś jeszcze młody – a potem wpół słowa wysiadła. Inny mężczyzna na glośnomówiącym słuchał pociech od syna, ale gdy syn się pożegnał zamilkł i zapadł się w sobie.
Polował na cudze historie. Na kolejnym do rozgrzanego wnętrza wsiadł dziadek z wnuczkiem, który natychmiast zajął czerwone krzesło. Dziadek spojrzał na chłopca z przyganą. Niemal w tej samej chwili z siedzenia przy wejściu zerwał się ni młody, ni stary Środkowoazjata dotychczas zajęty swoim telefonem i uprzejmie wskazał starszemu mężczyznie swoje miejsce. Ten jakby tylko na to czekał:
THANK YOU. SIT DOWN, PLEASE. YOU ARE A GOOD BOY – mężczyzna przemawiał twardą szkolną angielszczyzną, zostawiając uprzejmego w niezręcznym półprzysiadzie.
Wysiedli na następnym. Dziewczynka, która usiadła na miejscu wnuczka szybko wetknęła w uszy airpody, odcinając się od wszystkich cudzych opowieści.

1 Comment