
Miguel Ángel Asturias, Pan Prezydent, tłum. Kacper Szpyrka, PIW 2025
Największe zaskoczenie następuje wtedy, kiedy doczytuję do ostatniej strony i napotykam na niej datę 1932. W błogiej nieświadomości i niewiedzy byłem przekonany, że powieść Asturiasa powstała pod koniec XX wieku, bo doskonale pasuje do naszych czasów.
Czytam „Pana Prezydenta” w najgorszym tygodniu najgorszej kampanii dotychczas najgorszych wyborów w Polsce. Teraz jest już cisza wyborcza, więc odczuwam ulgę. Jutro wieczorem będzie po wszystkim.
Był to tydzień dwóch języków. Ten pierwszy, odwrócony, brzmiał znajomo: przez osiem lat. Znów pięknie wypowiadały go kościelne usta: tak zwykle wrażliwe na grzechy, które u kandydata okazywały się jedynie pomówieniami. Kłamliwy język nagonki. Antyjęzyk.
Ten drugi, wydrążony, jakby generowany przez sztuczną inteligencję, zlepek sloganów, pustosłów i sylogizmów pozbawionych znaczenia. Posługujemy się nim ze znużeniem. Bezjęzyk. Nic dziwnego, że tak wielu zahipnotyzował ten pierwszy.
Tymczasem Asturias do opisu dyktatury (w antyjęzyku: naddemokracji) Pana Prezydenta, władzy obślizgłej, oblepiającej i korumpującej, sprawowanej przez mizerną postać, jednakże budzącą trwogę i respekt, używa języka surrealnego. Sny, aliteracje i onomatopeje – nadjęzyk, który pozwala oswoić grozę, tratwa wewnętrznej emigracji,
kiedy obudzisz się w Gwatemali (albo Hondurasie).
