
Wycieczka szkolna do Krakowa
Nie dokarmiać ptaków – tak stało napisane. Ta starsza holendersko-skandynawska pani obserwuje mnie uważnie i chyba nagrywa jak gdybym to ja był zaklinaczem kawek. Dzielę się z nią kremówką, ale, proszę pani, to nie moja kawka. Ja tu nie-wys-tę-pu-ję. Po cichu dumny, że wybrała mnie ona, nie jakieś pospolite wróble.
Zaczynam od ptaków. Oto orły składają rozkawałkowane członki Stanisława. Co to znaczy porąbać, proszę pana? – nowe słowo na czwartek. Potem opowiadam jeszcze o drzwiach, które rąbie małoletnia Jadwiga, aby uciec do swego Habsburżątka.
Najbardziej żałuję, że nie mogę uciec na wystawę ulubionej malarki Ka., choć to tylko kilkadziesiąt kroków (z ponad dwudziestu tysięcy).
W kunstkamerze skarbca konterfekt umarłego króla.
Dokładnie, gdy skręcamy w Bracką zaczyna padać deszcz.
Liczne stoiska z pamiątkami oferują chińskie kapibary.
Siedmiu strażaków, każdy po dwadzieścia cztery godziny, gra hejnał w cztery strinu świata. To trzeszczenie o dwunastej w południe to po prostu kroki po deskach (Komunikat o dzisiejszym stanie wód, komunikat Krajowej Dyspozycji Mocy).
Obwarzanki. My wszyscy, że bajgle. Na rogu gra band. Zamienia się w rave szkolna wycieczka.
