
Kolejna śmierć Marilyn Monroe
W centrum handlowym, w którym dawniej przebywaliśmy dosyć często, ale zarzuciliśmy je po kolejnej zmianie geografii, szukaliśmy w białym tygodniu ładowarki do nowego telefonu (wydaje się to czynność najbardziej zwyczajna z tej okazji). Ten kolorowy sklep był gdzieś na końcu – taka duka dla ubogich pachnąca chińszczyzną i wnętrzem transoceanicznych kontenerów.
Patrzyła na mnie Marilyn w lśniąco białym stroju kąpielowym, w barwie komunijnych sukienek, ze zdjęć – o ile się nie mylę – André De Dienesa i szeptała Teraz jest najszczęśliwszy czas mojego życia. I nie mogłem nie pomyśleć, znów, o wierszu Ernesto Cardenala (tutaj). O przesyconych whisky wargach obleśnych mężczyzn obłapiających jej ciało. O czterokrotnej próbie odebrania sobie życia. O śpiewie drozda w sierpniowy poranek w ogrodzie przy Fifth Helena Drive 12305.
Kup ten okazyjny koc piknikowy albo te pastelowe kubeczki do letnich koktajli albo brzoskwiniowy komplet pościeli, sto procent bawełny. Teraz jest najszczęśliwszy czas mojego życia – z ironią spogląda Marilyn i dopytuje, czy mojego też teraz.
Tak rzadko się oburzam, ale coś mi podpowiada, że to świętokradztwo.
