
O tym, jak polubiłem katechetkę
Transsubstancjacja. Nikt o tym nie powiedział. Ani katechetka, która okazała się nieco zastraszoną sympatyczną kobietą naprawdę wierzącą, że dobro zwycięża, ani z kolei proboszcz – ponury, zgorzkniały typ, który chyba nawet nieświadomie emanował niechęcią do ludzi. Ssskarby – mówił do dzieci, ale nie było w tych słowach ani krztyny sympatii.
Żyliśmy w czasach, w których religia była wszechogarniająca a komunia stanowiła kulminację pobożnego dzieciństwa, w którym pilnowaliśmy rachunków sumienia wypisanych w czerwonej książeczce księdza Tymoteusza (później okazał się nim jeden z antypatycznych biskupów), odmawialiśmy różańce, majówki i drogi krzyżowe i szczerze wierzyliśmy, że Oko Boga jest satelitą śledzącą każdy nasz ruch.
Moja komunia pozostała na orwowskich slajdach, które ludziom i krajobrazom po latach dodają błękitu. Jest na nich stryjek od zaporożca, mała dziewczynka, którą teraz napotykam – prowadząc genealogiczne poszukiwania – z napompowanymi ustami, babcia Z., która nie lubi zdjęć (może zresztą dorysowuję ją do slajdów?). Ksiądz powiedział, że aby dzieci nie zemdlały, mogą napić się kawy. Tym sposobem pierwszy sakrament łączy się z gorzkim sakramentem dorosłości: ten drugi trudniej porzucić. No i są orzeszki wypiekane w maszynie, którą pożyczamy kilka bloków obok. Oto jest dzień na peerelowskim osiedlu.
Nikt nie wspomina o transsubstancjacji. Tiktoki, które podsyła mi przez cały tydzień przed telefon opowiadają o gadżetach, fotobudkach, wyrafinowanych przyjęciach i obrzędach doprowadzonych do obłędu. Całe szczęście proboszcz nie lubi ludzi, więc obędzie się bez wierszyków. Katechetka nieśmiało usiłuje upilnować porządku. Kościół jest zimny i betonowy, na witrażach wstają zmarli a baranek zrywa pieczęcie.
Być może ksiądz z mojej komunii miał rację z kawą. Może i nie ma mowy o transsubstancjacji, ale jest o wkraczaniu w dorosłość. Białe komże i białe sukienki opowiadają o przemianie a ten dzień to moment jej uchwycenia tak jak Fränzi na obrazach malowanych przez Kirchnera. Chwilę przed.
Oprócz orwowskich slajdów jest jeszcze ta czarno-biała fotografia na klęczkach – zrobiona w R., w zakładzie, który dziś byłby mekką wszystkich fotofili i poszukiwaczy wintażu, z odrapanym obrazkiem, rączkami złożonymi do amen i gałązką aszparagusa, który jest po prostu szparagiem – tak jak całe lata przede mną i niewiele po mnie.
