dziennik 36/25

Gigliola Cinquetti w austriackim „Bravo”, 1964, źródło: facebook.com

Przeciw znikaniu

O czwartej rano obudził mnie smutek. Wbrew pozorom nic nie znika ot tak, nie zostawiając śladów. O czwartej rano śniła mi się Ag. w R. z czasów mojego dzieciństwa: za zurtem szło się na ukos do pleców szarej kamieniczki przy Ostrowieckiej pod płaczącymi wierzbami. Śniła mi się Ag., ale nie przyszła do Dziecka, choć ją wołało, wiem, że była tam, ale zajmowała się już innym własnym życiem. Nie uchroniłem jej od zapomnienia, zresztą to wbrew mechanizmom czasu (od samego początku moich starań powtarzała to A.) Minął rok. To, że rzecz działa się w R. oznaczało zniknięcie do potęgi zniknięcia.

O czwartej rano, kiedy obudził mnie smutek, pomyślałem o tych wszystkich, co pozostali na moim zaginionym fejsie. Nawet nie o swoim nietrwałym zapisie ze zdjęć i epigramatów prozą, i piosenek – jak ta z eurowizji – którą zachwyciłem się któregoś roku, ale o imionach i nazwiskach, który istnieli już tylko tam – w cyfrowych czeluściach. Przyszła mi na myśl N., i J., a potem kolejni z herbaciarni „Ika”, z Beskidu Niskiego, z przerw na leżaczkach koło niebyłej fontanny Metropolitana. Że też nie zauważyli mojego odejścia, a może nawet szukali na próżno mojej elektronicznej formy.

Kiedy już się pogodziłem ze znikaniem, parę minut po czwartej rano, zniknął mi sen. Niebo było niebieskie, chciałem wsiąść w auto i pojechać obejrzeć jakiś kawał pocieszającej sztuki.

Dodaj komentarz