
Marta Zielińska, Pogoda w czasach romantyków, Instytut Badań Literackich PAN 2017
(Gubię się w gmachu akademii. Zakrawa to na koszmar, kolejne klatki schodowe jak u Eschera prowadzące donikąd, ciemne korytarze, nieoznaczone pokoje, pukam w metalowe drzwi, przechodzę wąskimi prześwitami. W pokoju pełno romantyzmu na półkach).
Potraktowałem to jak przypis do CDF. W końcu hamburska wystawa kazała odczytywać go w kontekście zmian klimatycznych i nadchodzącego końca. Jego pękanie kier, zresztą reprodukowane w zbiorze pod redakcją Marty Zielińskiej, stanowi obraz głębokiej fascynacji bezwzględnością przyrody (akurat wtedy – podpowiadała wystawa – malował z natury).
Początek XIX wieku to, jeśli chodzi o pogodę, ścieranie się myślenia naukowego (jeszcze bardzo niezgrabnego i ubranego w neologizmy) i wiedzy ludowej. Moment, w którym świat zyskuje wyjaśnienie (zresztą nie jest wcale łatwo je przyjąć – o tym opowiada „Romantyczność”).
Równocześnie związek ludzi i aury jest dużo ściślejszy. Nawet nie chodzi tu o groźbę głodu czy zarazy, ale o możliwość wydostania się ze swojej wsi, ograniczoną stanem rzeki, jej spławnością lub grubością pokrywy lodowej. Pisze Zielińska: doceniali to poeci, gdyż przymusowe zamknięcie i długie wieczory sprzyjały skupieniu i natchnieniu (s. 23).
*
Czytając, szybko odchodzę jednak od rozmyślań o pogodzie. Fascynuje mnie forma. Duża część zgromadzonych źródeł to fragmenty dzienników, bądź pamiętników. Coś takiego jak moje notatki. Otóż, nie chronią one przed zapomnieniem. Fenomenalny pamiętnik Grabowskiego złożony w archiwum pozostaje w rękopisie, najnowsze wydania innych cytowanych zapisków pochodzą z 1936 roku. „Pogoda” jest dziełem archeologicznym, spod wielu warstw wydobywających ludzkie wspomnienia.
*
Spośród książkowych tekstów jeden wyjątkowo porusza, będąc świadectwem zapomnianej traumy. Pamiętnik Franciszka Gajewskiego znad Berezyny (tej samej rzeki, której kilka lat wcześniej przygląda się z podziwem Ewa Felińska) z 1812 roku łudząco przypomina obrazy mielonki z Wielkiej Wojny (sto lat później) i świadectwa ocalonych z Zagłady.
Jest on zupełnie inny niż opisy wojen napoleońskich wypucowane przez podręczniki, czy błysk czystych mundurów piechoty z Wajdowskiego „Pana Tadeusza”. Uświadamia natomiast jak wstrząsającym, pokoleniowym przeżyciem musiały być trwające ponad dziesięć lat kampanie cesarza.
Historia odwrotu spod Moskwy, totalnej dehumanizacji pokonanych oddziałów, należy do polskich pamięci wypartych, zgrabnie zamieniona w figurę tonącego w Elsterze księcia Józefa. Tymczasem jest ona czymś, co na przykład doskonale tłumaczy niechęć generalicji do planów powstańców listopadowych.
