dziennik podróżny 1/25

Felice Casorati, Beethoven (fragm.), 1928, Muzeum MART w Trydencie

Kolejny Mediolan

1.

Z duszą na ramieniu zaczynam opisywać Mediolan. Wiecie żeby coś nie wybuchło, nie trzasnęło, nie umarło. (Ostatnio tak się zdarzyło w połowie wpisu: wojna).

Jak się okazało strach mój był słuszny: odebrano mi fejsa i insta, czyli obrazy podróżne. Tekst to jedyne, co mi pozostało.

(Pamiętacie: całe życie to mogą być dwie linijki atramentu).

2.

W autobusie z lotniska dosiedli się Hiszpanie, hałaśliwa wataha powtarzająca puta madre. Ten na siedzeniu obok, brzydki siedemnastolatek, nagrywał na tiktoka relację z podróży. Tymczasem z autostrady pojawił się Mediolan.

Ten sam hotel, ta sama ulica, ten sam żółty tramwaj. Zapisywałem w pamięć aparatu to, jak słońce przenika przez okna jedynki. Wczesna wiosna platanów. Dobrze.

3.

Według kalendarza ambrozjańskiego trwa jeszcze karnawał. Place i parki zaludniają tabuny księżniczek i motyli karmiąc gołębie serpentynami i konfetti. Na Navigli rozgrywa się kajakowa maskarada. Matka i dziecko w przebraniu za popcorn przepychają się w tłumie.

4.

A potem siedzimy w ciepły marcowy wieczór z widokiem na Łuk Pokoju i mrugający lunapark w tle. Świat wciąż niepewnie trwa. Tramwaje kołyszą się po Corso.

5.

Casorati: dla niego tu przyjechaliśmy. Będę powtarzał to, co zniknęło z mojej ściany na fejsbuku razem z obrazkami z wystawy.

(Usiłowałam te obrazki z wystawy wlepić na nowo tutaj, ale okazało się, że po katastrofie nie mam smaku. Utraciłem radość fejsbuka.)

Zobaczyłem go po raz pierwszy dawno temu w Trydencie i obiecałem sobie ten wyjazd, choć po drodze ominęły nas zaraza i wojna.

Casorati patrzy miłosnym okiem, tym opiewanym tutaj, od Jarosława przez Kawafisa po ekspresjonistów z Drezna, i nie wiedzieć czemu nie trafił jeszcze na listy proskrypcyjne. Jest balthusjański, ale pozbawiony pasteli – ciała jego bohaterów i bohaterek są melancholijne. Nawet jeśli sięga po antycznych bogów są to smutni bogowie.

(Zachwyt sztuką jest sprawą intymną, pisała Hania Iwaszkiewiczowa, krytykując publiczne okazywanie takowych uczuć).

6.

W bocznej uliczce z tyłu duomo jest gwarny bar opisywany w przewodnikach. Wszyscy siedzą tam nad tanimi kanapkami, popijając aperol a na deser w plastikowych pojemniczkach kupują tiramisu.

(Ten portret, który zajmuje mi pięć, dziesięć ujęć: smutnej dziewczyny siedzącej pośrodku, ma być portretem kasoratycznym. Ale dzisiaj nie wierzę już w fotografię, wierzę w czysty tekst.)

Trafiamy tam z najpiękniejszej zary świata, ozdobionej mozaikami z dwudziestolecia, w której muszę kupić buty, bo – do katalogu nieszczęść – poprzednie rozpadły mi się na ulicy Dantego.

7.

Albo ta neapolitańska kawiarnia – inna strona duomo, każdego dnia kręcimy się wokół tłumu na placu i wpadamy bez żalu w cudze kadry – w niej facet z północy, który próbuje flirtować z baristką, podczas gdy ona tworzy pistacjowe cappuccino (tego roku wszystko jest pistacjowe albo dubajskie). Ona dla niego między workami z kawą odnajdzie kontakt, by mógł ładować swojego ajfona.

8.

Nie, nie pojedziemy na cmentarz – zaperza się A., kiedy proponuję, aby tam spędzić sobotnie popołudnie.

1 Comment

Dodaj komentarz