
Tess Gunty, Królikarnia, tłum. Tomasz S. Gałązka, Czarne 2024
Może nieco niepokojące jest to, że napisanie tej – w sumie skromnej – powieści, zajęło Tess Gunty pięć lat (czytam podziękowania!), niemniej debiut wypadł olśniewająco: tak sądzę, wpisując „Królikarnię” na krótką listę najlepszych tegorocznych lektur.
W mieście zatrutym benzenem, w którym pleni się przemoc, a o wspaniałej przeszłości przypominają jedynie wille przemysłowców, blok komunalny nosi z francuska nazwę „La Lapinerie”. Na pierwszych stronach zaglądamy do kolejnych jego mieszkanek oznaczonych literką C z numerem. Manewr jak z pogodnego serialu. Rzeczywiście losy ich się splotą.
Gunty operuje kontrastami. Oto w brutaliatycznym industrialu, nadającym się na urbeks, pewna jasna młoda dziewczyna naśladuje średniowieczne mistyczki. (A oba tematy: dziedzictwo poprzemysłowe i mistyka średniowieczna należą do moich ulubionych, choć nieco zapomnianych).
Rozbrzmiewa więc Hildegarda z Bingen i Wielka Teresa, a ich śladem podąża prawie przezroczysta Tiffany-Blandine. Świat jawi jej się jako doświadczenie. Nie dziw, że w ostatnim rozdziale salę wypełnia zapach róż, choć nie ma żadnych kwiatów: znak nieomylny, że Zdarzyło się.
I widział czytający, że było dobre.

1 Comment