
Lorrie Moore, Ptaki Ameryki, tłum. Adam Pluszka, Czarne 2024
Powinienem wymyśleć nową metodę pisania o opowiadaniach. Zwrócić uwagę na co innego, na przykład na odcień. Tom Lorrie Moore jest w odcieniu żółci przechodzącej w brąz, ale nie chodzi o jesień, raczej o przymglone światło wczesnego wieczoru. Lampy były przygaszone bardziej niż zwykle (s. 350).
Zapisuję myśląc o amerykańskim malarstwie, o tym, że jest INNE. Niby pokrewne naszym nowym mistrzom, lecz jednak Wyeth, Hopper, Neel, czy kanadyjski Colville malują INACZEJ. Tak samo jest z opowiadaniami. Pasują do lat czterdziestych, kiedy odczuwasz już przegraną albo wygraną.
Bohaterki i bohaterowie Moore stają właśnie w tym punkcie – tym, co ich łączy jest to, że są przeciętni: instruktorka tańca w domu kultury, bibliotekarka, po rozwodzie, przed rozwodem, z zawiedzionymi nadziejami swoimi i rodziny.
Świąteczne „Kalambury” przypominają nasze rodzinne doświadczenia grudnia od czasu, gdy Boże Narodzenie uległo zwyrodnieniu do tej właśnie postaci (…) wszyscy przyjeżdżają, występują przed sobą nawzajem i łapią wczesne loty do domu (s. 119). Jest w tym gorycz, wynikająca z oddalania się bliskich, którą też staram się nieumiejętnie zapisywać.
Tę dość harmonijną melancholię kolejnych opowiadań, przełamuje gwałtownie bardzo osobisty zapis z oddziału onkologii dziecięcej. Pisany trochę na sposób Lucii Berlin, poszarpany, w odcieniu szpitalnej zieleni. Wyznanie bezradności literatury.
Na szczęście to rozdział przedostatni, a w finale „Ptaków Ameryki” pisarstwo triumfuje i to w komicznej masce. W małym włoskim miasteczku, wybitni naukowcy wybierają się na masaż relaksacyjny.
