
Dzień, w którym umarł David Lynch
Pewnego ranka obudził się i już nie odczuwał potrzeby pisania. Starał się ją odszukać, ale nie znajdowała się w pobliżu. Nie była już jak głód albo pragnienie, próbował ćwiczyć składanie słów, ale nie szło mu zupełnie. Przez dziewiętnaście lat zawsze zjawiała się niezapowiedziana, zmuszając do notowania, powtarzania zdań, układania w całości. Teraz – nic. Chodził w miejsca, w których mu się przytrafiała dawniej albo odkładał wszystko inne o umówionych godzinach, ale nie było jej. Słowa zniknęły.
Błądził po życiach, ale były to cudze życia: albo bardzo odległe i niemające z nim, nazwij go obserwatorem albo podglądaczem, nic wspólnego, albo dawno umarłe i zapisane atramentem w starych księgach.
Któregoś dnia nawet spadł śnieg, ale to też nie pomogło. Spod cienkiej warstwy prześwitywały trawy a wieczór wcale nie stawał się jaśniejszy. Może gdzieś w tej ciemności majaczyła jego potrzeba, ale wciąż pozostawała nieuchwytna.
Tego wieczoru Dziecko marudziło, że się nudzi i chce jechać gdzieś, gdziekolwiek. W Arkadii snuli się smętni mężczyźni wpatrzeni jak on w ekraniki telefonów. Jechali właśnie schodami do zary. Wtedy na jego komórce umarł David Lynch.
Zapisał to.
