
Notatki z ciemności
Do ciemności przygotowywała nas mgła. Zdjęcia wychodziły poetycko. Opisy jak co roku podobne. Siedzieliśmy w piątek wieczorem. Jeden z nas, co się zakochał, żył teraz dwadzieścia lat wcześniej.
W poniedziałek rano przyszli macherzy od zegarków. Dwóch chodziło z drabiną od pokoju do pokoju, pytając: czy ma pan/pani czas? Mieliśmy. Natychmiast sprowadzili zimę. We wtorek rano zaczęli rozwieszać świąteczne światełka.
W knajpie, do której chodzimy na obiad, o mało nie doszło do rękoczynów. Dwóch krewkich emerytowanych filmowców, którzy mają tam zniżkę i przesiadują, bo już nie kręcą, starło się o Trumpa. Jeden wzburzony, że to bandyta, inny znad barszczu z groszkiem ptysiowym, że wcale nie. Ten pierwszy z ku..ami uniósł się u wyszedł. Drugiemu podano mielonego z gładkim puree.
Oświetlaliśmy willowe uliczki patyczkami po piankach. To było dzieciństwo. Zupełnie inne od naszego: jodłowych wiązanek, lepkiej sadzy babcinych zniczy i upojnego zapachu złotych chryzantem. W zapadających ciemnościach karnawał. Na zakładzie pogrzebowym wlaściciel rozwiesił flizelinową pajęczynę. Śmierć została pokonana.
Pewnego styczniowego popołudnia na końcu wagonu przeglądałem instagrama. Była to czynność z gatunku ulotnych, której trwałość nadawał tramwaj. Konta nudziły się, były porzucane albo karane przez Marka Z. Jesienią okazało się, że trzydzieści pięć też zniknęło. W realu zapanowała chybotliwość.
