
Nekrolog kawiarniany
Szedłem od północy. Napisu nie było. Nie było parasoli ani kanapy. Fontanna sikała powoli. Wewnątrz jakiś facet odrywał panele. Na drzwiach wisiał nekrolog:
Po wielu latach [tu nazwa nieboszczki] znika z biurowca Metropolitan. A 25 września to ostatni dzień, kiedy zaserwujemy Wam nasze firmowe espresso. Będziemy szczęśliwi widząc Was w naszych pobliskich kawiarniach.
Epoka nasza była kawiarniana. Stworzył ją pewien gość, który wymarzył sobie kawiarnię na wzór włoskich. Wśród nich tą. Znaliśmy ich asortyment, świętowaliśmy przejście z menu letniego na zimowe i na odwrót. Rozpoznawaliśmy tych za ladą, smuciliśmy się, gdy zmieniali lokal. Siadywaliśmy wokół fontanny na leżaczkach popijąc lodowego flacika.
Urządzaliśmy sobie schadzki, mieliśmy własne fotele, ścieżkę przez Saski, omijanie wycieczek przy Grobie. Mijały pory roku. Lato obserwowało nasze tajne rytuały.
Gość od kawiarni przeszedł na emeryturę i kawowe imperium przejął kapitalizm w osobie niejakiej pani Doroty. Kto by się przejmował kawą, kiedy pachnie gotówka.
Kiedyś przyłapaliśmy ich w tej kawiarni jak spiskowali, było to niedaleko naszych foteli: szukanie oszczędności i weryfikacja celów sprzedażowych.
– Tyle pięknych wspomnień – pisze A., ale cóż: wspomnienia trudno zmonetyzować.
