
Wrzesień nr 5
1.
Skoro nie możesz nic mądrego napisać, to po co się męczyć?
2.
Najlepsze zdanie stworzyła Ma. i zapisała je w nawiasie, na marginesie niewygłoszonego przemówienia na wernisaż: (Kto ma dziś czas, aby leżeć i przeżywać zmiany pór roku).
Jakby się zastanowić większość nieszczęść i rozterek współczesności wynika właśnie z tego braku.
3.
Niepokój zaczyna się w stopach. Siedzi gdzieś pod podeszwą. Zimne palce. Prowadzi podskórnie. Jak wtedy gdy maszyna mówiła pik pik, a ty oczekiwałeś pod drzwiami nasłuchując.
4.
Bonifraterska zatkana. Poci mi się garnitur. Nie ma jeszcze dwóch lat to dziecko w wózku, które głośno protestuje przeciw korkom.
Chłopak dosiada się i śpiewa Fettinga. Zmęczonej licealistce wypadają kartki z napisem „Prezentacja o Afrodycie”.
5.
W rześki ranek idę do rejestracji. Będę pierwszy, pani mi otworzy o siódmej trzydzieści i spyta o pesel.
Mijam na chodniku obfite zbiory rajskich jabłuszek. Takich samych jak wtedy, gdy się szło jesienią na Marchlewskiego na placki ziemniaczane mojej babci, której nie ma w domu dwanaście lat.
Na placu Konfederacji nagi mężczyzna na balkonie dopala pierwszego papierosa.
6.
Czasem zawodzą mnie moi ulubieni autorzy: żywi i nieżywi, ale żywi bardziej. Co do tych drugich, wybaczam im wiele: rozpustę, czyny dzisiaj uważane za przestępcze (jak bieganie za licealistami po Ujazdowskich), tudzież zbyt elastyczny kręgosłup.
Z żywymi mam problem: tak łatwo ulegają pokusie.
7.
Jaka piękna jesień – mówią koleżanki. Idziemy po pogrzebie po Służewie.
Moja pierwsza jesień tutaj. Pękają kasztany. Szurają żołędzie. Ze szkoły M. dzieci przechodzą na wuef przez Wałbrzyską.
