dziennik 58/24

Hildrgard Heise, Ulrike von Borries na leżaku, 1928-1933, źródło: facebook.com

Wrzesień nr 5

1.

Skoro nie możesz nic mądrego napisać, to po co się męczyć?

2.

Najlepsze zdanie stworzyła Ma. i zapisała je w nawiasie, na marginesie niewygłoszonego przemówienia na wernisaż: (Kto ma dziś czas, aby leżeć i przeżywać zmiany pór roku).

Jakby się zastanowić większość nieszczęść i rozterek współczesności wynika właśnie z tego braku.

3.

Niepokój zaczyna się w stopach. Siedzi gdzieś pod podeszwą. Zimne palce. Prowadzi podskórnie. Jak wtedy gdy maszyna mówiła pik pik, a ty oczekiwałeś pod drzwiami nasłuchując.

4.

Bonifraterska zatkana. Poci mi się garnitur. Nie ma jeszcze dwóch lat to dziecko w wózku, które głośno protestuje przeciw korkom.

Chłopak dosiada się i śpiewa Fettinga. Zmęczonej licealistce wypadają kartki z napisem „Prezentacja o Afrodycie”.

5.

W rześki ranek idę do rejestracji. Będę pierwszy, pani mi otworzy o siódmej trzydzieści i spyta o pesel.

Mijam na chodniku obfite zbiory rajskich jabłuszek. Takich samych jak wtedy, gdy się szło jesienią na Marchlewskiego na placki ziemniaczane mojej babci, której nie ma w domu dwanaście lat.

Na placu Konfederacji nagi mężczyzna na balkonie dopala pierwszego papierosa.

6.

Czasem zawodzą mnie moi ulubieni autorzy: żywi i nieżywi, ale żywi bardziej. Co do tych drugich, wybaczam im wiele: rozpustę, czyny dzisiaj uważane za przestępcze (jak bieganie za licealistami po Ujazdowskich), tudzież zbyt elastyczny kręgosłup.

Z żywymi mam problem: tak łatwo ulegają pokusie.

7.

Jaka piękna jesień – mówią koleżanki. Idziemy po pogrzebie po Służewie.

Moja pierwsza jesień tutaj. Pękają kasztany. Szurają żołędzie. Ze szkoły M. dzieci przechodzą na wuef przez Wałbrzyską.

Dodaj komentarz