
Dziennik Wielkiej Wody
Wielka Woda dziewięćdziesiątego siódmego stanowiła swego rodzaju grande finale tamtej epoki przełomu, które przyniosły – widać to z perspektywy – więcej rozczarowań i zawiedzionych nadziei niż radości. Kończyła czasy pełne niepewności. To, co w zdjęciach z tamtej powodzi porusza to zatopiony krajobraz, tło: odrapane domy, od dawna nieremontowane kamienice, porzucone przez transformację okolice, które ochoczo opanował żywioł. Ten krajobraz wydawał się znajomy – przypominał lubelskie Stare Miasto, które omijało się jak zapowietrzoną okolicę.
Było lato i padało wiele dni. Zajmowałem się jak zwykle niespełnionymi miłościami i słuchałem w R. radia podającego kolejne komunikaty. Nie było wtedy ani telefonów komórkowych, ani soszjali, wszyscy siedzieliśmy przed odbiornikami radiowymi i telewizorami. Uczyliśmy się nazw miejscowości z nie naszej części Polski. Jedna wielka communitas.
Wielka Woda dziewięćdziesiątego siódmego chociaż na chwilę zmyła wszelkie waśnie. Lipcowy potop odbudowywał wątłą solidarność. W układaniu worków z piaskiem – jak w średniowiecznym dance macabre – udział brali wszyscy. Przynajmniej tak nam się zdawało i w wyobraźni układaliśmy je razem z nimi. „Moja i twoja nadzieja” powtarzana co chwilę we wszystkich stacjach, na wzór „We are the world”, nie mówiła tylko o powodzi, czy o Dolnym Śląsku, ale o nas, o społeczeństwie przetrawionym przez przemiany minionych kilku lat.
Odbudowywały się, odrastały po tamtej powodzi. Owszem po latach dziewięćdziesiątych nastąpiła jeszcze wielka emigracja z początku dwudziestego pierwszego wieku, ale było już inaczej. Stare miasta zaczęły ożywać, powoli stając się atrakcjami do katalogów biur podróży. Tamta solidarność także powracała kilkakrotnie, chwilowo to chwilowo, ale jednak: wielka woda udowadniała, że jest możliwa.
Zabiera teraz te piękne miasteczka. – A pamiętasz nasz hotel w Lądku? – pyta Dziecko, kiedy pokazuję mu rozpędzoną Białą. Od wieczora siedzimy przed ekranem, na przemian oglądając relacje z powodzi i czytając na twitterze zalew wzajemnych oskarżeń. Polska w katastrofie jest podzielona jak co dzień, może nawet bardziej. Nie ma żadnej communitas, jesteśmy bezczelnymi gapiami. Dla bezpiecznie siedzących w domach przed komputerami, powódź staje się kolejnym frontem własnych wojenek, licytacji na obelgi albo – nie wiem, co jest gorsze – wdzięcznym tematem memów.
Może ją idealizuję, Tamtą Wielką Wodę dziewięćdziesiątego siódmego i tamtych nas z piosenką Hey na ustach, tak jak się idealizuje rzeczy minione. Ale mam poczucie, że Wielka Woda dwudziestego czwartego jest radykalnie inna, a pod względem społecznym – o wiele gorsza.
