
Joost de Vries, Republika, tłum. Jan Pędziński, Ha!art 2024
Jaka jest właściwie twoja ulubiona wojna? (s. 268)
„Republika” nie jest dziełem wybitnym. Mimo zapowiadanej sensacyjności raczej nudzi. Trochę lepiej wypada jako książka o historii użytkowej, zręcznie portretując tych wszystkich, którym przeszłość zlewa się z fantazją o przeszłości. Toż to również przypadek rodzimy: historia przestaje być ważna, istotne zaczyna być jej dzisiejsze opowiadanie. Stąd ci wytatuowani husarze, publicyści pozujący na żołnierzy wyklętych, wyimaginowani szlachcice.
W świecie „Republiki” otaczają nas hitlerolodzy, których z grubsza można podzielić na dwie kategorie: tych zafascynowanych złem oraz innych zafascynowanych fascynacją złem (wśród nich znajduje się kluczowa postać powieści: Josip Brik).
[Dygresja: na jednym z profili, którego nie usuwa Elon Musk, pada zdanie: coraz więcej osób przyznaje mu rację – trzy i sześć miliona wyświetleń, pięćdziesiąt pięć tysięcy polubień.]
Najlepiej czyta się jednak „Republikę” jako książkę o zazdrości. Co nietypowe, nie pojawia się ona tutaj w wersji romantycznej (choć wątki miłosne są obecne i całkiem dobrze napisane), ale w relacji przyjacielsko-zawodowej. Główny bohater nie może znieść tego, że ktoś inny mógłby być ulubieńcem zmarłego mentora, wspomnianego Brika.
To największy dramat każdego kujona, kiedy uświadamia sobie, że nie jest pupilkiem albo nie jest jedynym pupilkiem pani. I każdy kujon, wliczając mnie, potrafi doskonale wczuć się w odczucia Friso i wyrozumiale wybaczyć mu jego szaleństwo.
[Dygresja: można „Republikę” czytać w jeszcze inny sposób: wyszukując w niej nawiązań do Tolkiena].
