dziennik 47/24

Gimli, 25 sierpnia 2024 r.

Zalesie

1.

Krzak przy ganku poruszył się i wyszło z niego coś miauczącego i nieszczęśliwego. Był mały rudy. – Wygląda jak na gifach, co je przesyłają babcie, życząc dobrego dnia – stwierdziła kuzynka. Rzeczywiście tak wyglądał. – Nazwijmy go Donald – rzuciłem, ale polityczny suchar jakoś się nie przyjął.

Podjadł i wlazł w winorośl. Przycupnął na gałęzi i uważnie się wpatrywał. Szykowaliśmy kolację. Tego wieczoru przestał bać się otwierania drzwi.

Nazajutrz zastałem go rankiem jak grał w piłkę winogronem, dziwiąc się kiedy kulka znikała w trawie. Ten mały rudy. – Nazwiemy go Gimli – powiedziało Dziecko. Dość uwłaczających zdrobnień. Wołaliśmy za nim przez pewien czas, ale potem znudziliśmy i my, i on. Gimli zasnął pod ławkę.

Najgorsze w tym wszystkim jest ciągle tłumaczenie wypadków naszych kotów doborem naturalnym. Z zeszłorocznego wiosennego miotu, wszystkie skończyły życie na ulicy narodowego bohatera, która dla miejscowych jest autostradą. A Gimli? Czy Gimli sobie poradzi?

2.

Sąsiad zza płotu ma nazwisko tak rzadkie, że sama myśl o jego samotności w danych stanu cywilnego roztkliwia mnie. Zresztą nigdy go nie widziałem, wciąż słyszę tylko jego nazwisko niepasujące do niczego, co znam. Spotykały go wciąż jakieś nieszczęścia, opowiada A. Poza tym, co karygodne, nie karmił swoich kotów.

Pozostałych sąsiadów znamy dość dobrze, przynajmniej A. orientuje się, kto jest kim. Po drugiej stronie ulicy mieszka kuzynka. Za ich domem podmokła ścieżka schodzi do rzeki.

Ten z rzadkim nazwiskiem mieszka za budynkiem, który w dzieciństwie A. był stodołą. Pod jego płotem, pewnie o tym nie wie, jest mały cmentarzyk dla rodzinnych zwierząt, porośnięty różami Jo.

Grace Paley, 25 sierpnia 2024 r.

3.

I. i H. uwielbiali poranki z rosą w swoim ogrodzie, pod przyciężką lipą. Nie byłem tam już tak dawno. Dziecko opowiada, że wszystko zarasta i się sypie. Pod dom podchodzą drobne ssaki i przegryzają belki. Rankiem, kiedy budzili się, I. podkładała pod kuchnię i nastawiała kawę (gaz podciągnęli później, już w naszym wieku).

Siadali przed gankiem, pod gruszą, na turystycznych fotelach we wzory, jakie dziś spotyka się na widokówkach ze wszystkich wczasach w demoludach, pili mocną kawę i zaciągali się pierwszym tego dnia papierosem. Przypuszczam, że nazywaliby to szczęściem.

Siedzę na ganku z aromatem kawy i Grace Paley. Słońce bezczelnie kartkuje mi lekturę:

Leżała na łóżku polowym bez poduszki pod głową i paliła papierosa – mglisty komin wycelowany prosto w sufit. Popiół opadał łagodnie na jej piersi, stosunkowo nowe, okryte elastilem i egipską bawełną, czekające, by zyskać popularność (s. 118, tłum. Monika Adamczyk-Garbowska).

Kiedy opowiadanie się kończy, na bosaka, przez rosę, idę po szczypiorek.

1 Comment

Dodaj komentarz