
Światowy Dzień Optymisty
Gdy tylko wróciliśmy z Gdańska zaczęła się jesień. (Przypominacie sobie, że tak naprawdę na jej pierwsze oznaki natknęlismy się w Berlinie, ale tamta ulica to był taki jesienny rezerwat, na sąsiednich wciąż nic się nie zmieniło).
Nadciągnęła jak mgła na polach wzdłuż es siódemki. A następnego dnia uderzyła nie dość, że zalewając pół miasta, to na dodatek poszarzając je i oblepiając smętkiem. Niskie chmury, chłód: lato się kończyło, wszystko się kończyło.
Zaraz, za moment, miał się zacząć rok szkolny, inny od poprzedniego. Praca nie przynosiła żadnej satysfakcji (trwało się jak w dwa piętnastym, nie widząc sensu we wczesnym wstawaniu). Nadejście jesieni wszystkie nasze niechęci jedynie pogłębiało. Robotnicy podciągnęli bliżej a mokre powietrze mocniej niosło ich muzykę.
Jak co roku wobec jesieni, krótkich dni, ciemności, byliśmy całkowicie bezradni. Pojechaliśmy szukać ukojenia do galerii handlowej, w jednym ze sklepów zaraz za wejściem stał regał wypełniony przedmiotami dynio- i czaszkopodobnymi. Tabliczka nad nim wskazywała na ostateczny triumf j.: Halloween.
