
Łukasz Barys, Małe pająki, Wyd. Literackie, 2024
Gdzieś nad Hiszpanią. Druga po południu
Samolot szumi jednostajnie. Jestem zmęczony. Trzymam książkę w dłoniach, leży na kolanach, sześćdziesiąt dobrych stron. Zasypiam i czuję jak czyjeś ręce prześlizgują się i zabierają mi z moich rąk „Małe pająki”. Kiedy się budzę, A. jest już dalej niż byłem ja.
Pobożno. Ósma rano
Zamknąłem książkę i rzuciłem się przeglądać jej recenzje. – Naśladuje Sally Rooney – pisało w jednej (nie mogłem tego zweryfikować, bo nie znałem Sally Rooney). – Stać go na więcej niż young adult – wyżywał się ktoś inny. Uznany recenzent zauważał, że autor stworzył powieść dla młodzieży, chcąc pisać dla dorosłych. – Inny głos niż do tej pory – kolejna osoba chwaliła wszechstronność pisarza. Niezauważenie powtarzałem więc gesty Halszki Janickiej wydającej – w powieści – swoją trzecią książkę, która mogła zdecydować o dalszych jej losach jako pisarki. Wtedy właśnie dotarło do mnie, że wszyscy się mylą, że – w gruncie rzeczy – „Małe pająki” są dziełem ironicznym, a nawet autoironicznym. Czyż wiejskie strzygi i zmory w niewydanej powieści Tobiasza nie przypominają tych z „Jeśli przecięto cię na pół”, poprzedniej książki Barysa? Czyż wszyscy recenzenci nie wciągnęli się w grę, którą zaproponował, a która czyniła z nich bohaterów jego książki.
(Któregoś pandemicznego lata, może nawet tego samego, w którym debiutowała Ola, postanowiłem raz jeszcze zostać poetą i nagle znalazłem się w górskim hotelu w towarzystwie samych poetów i prozaików, tudzież garstki tłumaczy i eseistów oraz wodzących rej – krytyków literackich, na czymś w rodzaju kolonii dla aspirujących literatów. Rozmowy toczyły się wokół niszowych wydawnictw, w których debiutowali, bądź niecierpliwie na swój debiut oczekiwali, oraz możliwych do otrzymania nagród, stypendiów i rezydencji, które pozwoliłyby im rzucić studia albo pracę i na serio zająć się literaturą. Zachłystywali się swoją dykcją, porównywali swoje narracje a ja pogrążałem się w dojmującym poczuciu, że piszą i czytają tylko dla siebie, dla tego małego grona, z którego dwoje, może troje doczeka Silesiusa albo Gdyni i stanie w oknie księgarni z ozdobną szarfą „laureat”).
Odkrycie ironii pozwoliło mi uwolnić się od konieczności opisywania, co w „Małych pająkach” podobało mi się, a co nie, chociaż generalnie podobało mi się dużo. Dostrzegałem w Oli, pracującej w szpitalnej rejestracji, rysy Sylvii Plath, może dlatego, że dopiero co skończyłem jej opowiadania, a może przez szczerość bohaterki i jej dylematy związane z niezależnością od świata mężczyzn (czy Tobiasz przypomina Teda Hughesa?) Zastanawiałem się nad tym, na co nacisk kładą blurby, to znaczy nad pytaniem o awans społeczny (dużo tego ostatnio było), ale koniec końców uznałem, że tę kwestię też należałoby wziąć w ironiczny nawias, należy bowiem do tematów, o których można debatować na spotkaniach wszelkich kół literaturoznawczych, aż zgasną o świcie latarnie. Doceniałem w jaki sposób zwyczajnym językiem można opisywać sceny erotyczne: okazało się, że polski nie wymaga do tego ani wersji wulgarnej, ani egzaltowanej. Seks po prostu jest elementem narracji, jak opis rodzinnego obiadu albo rozmowy przy kawie, takim samym, tymi samymi słowami (odkrycie filologiczne).
(Pabianice. Dawno temu
Ogłoszenie o starych krzesłach kinowych pojawiło się jesienią (albo wczesną wiosną). Kiedy zjawiliśmy się w pabianickim kinie, dwoje młodych ludzi z ostrą fazą na filmy, kierownik nieco się zdziwił. Wręczył nam śrubokręty i pozwolił odkręcać. Fotele były ciężkie i brudne, tak jak przez lata brudzą się siedzenia w kinie. Zaczynało padać a my nie mieliśmy samochodu, więc dźwigaliśmy je na zewnątrz. Chyba się zlitował i podwiózł nas na stację. Kawałek Pabianic w naszym mieszkaniu. Niedziwne, że proza Barysa nas wciąga).
