
Prawie zabiłem psa pierwszego sierpnia rano. Na szczęście, kiedy winda szarpnęła smycz, udało się jej zerwać. Ku.wa mać, powiedział skacowany sąsiad, właściciel, z którym się zagadałem.
Tamtego roku Narodzin (redaguję swoje stare wpisy), opisywanie świata widzialnego przychodziło mi łatwo. Nigdy przedtem, ani potem, nie osiągnąłem takiej perfekcji i dokładności w spojrzeniu. Czego nie można powiedzieć o uwagach natury geopolitycznej (bliskiej myśli argentyńskiego papieża).
Zepsuł się telefon. Po raz trzeci w tym roku moje istnienie zostało poddane w wątpliwość.
Jak co roku pod Kolumną skocznie bawiono się na śmierć, przedszkolaki w żółtych kamizelkach machały chorągiewkami, sanitariuszka śpiewała niczym Taylor Swift, jakaś matka jakiejś córce, co zdjęła sandały na ławce pod oknem, wiązała na ramieniu biało-czerwoną opaskę.
