
Niespodziewane nadejście lipca
1.
W pewnym momencie zacząłem na profilu swojej byłej osoby świętować rocznicę zagubienia przez Hadley Hemingway wszystkich wczesnych opowiadań Ernesta. Kolejne tomy z serii nowych tłumaczeń E. H. przynosiły kolejne wariacje na ten sam temat: rozpacz Hadley, niedowierzanie autora, przepaść, która nagle rozdziela ich oboje.
Przez ten czas hodowałem własnego sobowtóra, wirtualnego siebie, protezę istnienia, która okazała się być bardziej krucha niż oryginał. Nie było żadnej Hadley, byłem ja i cyfrowy mechanizm wielkiej korporacji. Kopia, która się nie zachowała.
Od nowa opowiadanie o sobie.
2.
– Z czym ci się kojarzy Lu? – Ze smutkiem.
I. i H. starzeli się w absolutnym Tu i Teraz. Ze spokojem przyjmowali kolejne rezygnacje: wieczory z brydżem, niebieski trabant, dom z ogrodem, w którym zostawili kawał życia, spacery do sklepu na Róży i stoiska Grubej, fryzjer, schody. Zostawały im radości najmniejsze jak dokładne rozbieranie mandarynek na cząstki, kieliszek koniaku, karmienie gołębi. Za każdym razem Tu i Teraz bez złudnej wieczności, bez żalu do świata, bez popadania w litanie. Spokojnie starzeli się, aż myślało się, że życie – jak tak ma wyglądać jego końcówka – jest warte przeżycia.
Kiedy przyjeżdżamy, a ich nie ma, a nie ma ich już coraz dłużej, i coraz bardziej są odlegli w swojej niewieczności, zapadamy się w szarości i czernie. Religia i telewizja, obie na okrągło, nie pozwalają na Tu i Teraz. Rzeczy napadają na nas. Potrzeba powietrza.
Czasem myślę, że trochę Tu i Teraz przywiozłem tutaj. Kupuję czarne czereśnie w zieleniaku na drodze od tramwaju, cieszę się na myśl o ich słodyczy. Bez żalu i lęku, tak jak żyli I. i H.
3.
Pachniało skwaśniałym mlekiem jak w spożywczakach mojego dzieciństwa. Chodziliśmy po lastryku, unikając surowego wzroku sprzedawczyni (w białym kitlu?) Jak na Harnasiach zanim upadł system, tyle że bez skrzynek z butelkami na mleko.
Był to środek Pobożna i środek sobotniego upału. Że sklepu wychodziło się na podwórko, choć niedaleko fontanny. Właśnie, kiedy wyszliśmy, podjechał na motorze okrągły ciemnoskóry kurier z jedzeniem. Białka oczu miał w kolorze piaseckiego twarogu śmietankowego (sklep był oesemu, przyszliśmy po krówki). Ajm sorry – powiedział podtykając mi pod nos swojego smartfona – where is Wyszyniskiegou?
Był zagubiony w samym środku Pobożna, w którym nie lubi się czarnoskórych kurierów i – absurdalna historia – wierzcie lub nie, szukaliśmy razem z nim tego Wyszyńskiego.
Od nowa opowiadanie o sobie zaczynam właśnie tak: lipiec, prymas tysiąclecia, krówki śmietankowe i spocony Nigeryjczyk z pizzą.
