
Maciej Falkowski, Ślachta. Historie z podlasko-mazowieckiego pogranicza, Czarne 2024
1.
Po wysokiej dawce mocnej niefikcji, kolejny tom z „Suliny” okazał się rozczarowaniem. Przychodzę i relacjonuję to W., który urodził się w jednej z miejscowości umieszczonej na mapie ze s. 9 i pewnie, biorąc pod uwagę sufiks – cki w nazwisku, także należy do ślachty. A jeśli nie, to z całą pewnością pochodzi z Niziny, tej płaskiej poprzetykanej wierzbami krainy, której urok może dostrzec tylko naprawdę wprawne oko. W. kiwa głową i parzy najlepszą kawę, bezkonkurencyjną, odkąd obraziłem się na ulubioną kawiarnie.
2.
Reportaże o miejscach z grubsza mieszczą się w skali pomiędzy reportażem krajoznaczym a reportażem katartycznym (też nie wiedziałem, że katharsis tworzy przymiotniki). „Ślachcie” stanowczo bliżej do krajoznawstwa. Owszem pojawia się tu sporo ważnych tematów, ale wszystkie – poza religią – dotykane powierzchownie. Jeździmy więc za narratorem po kolejnych miejscowościach, chwytamy kolejne wątki i ze zdziwieniem dostrzegamy, że tytułowa ślachta też zagubiła się pośrod innych zagadnień.
Temat antysemityzmu – a obszar ten bywa nazywany Podlasiem Pogromowym – jest i nie jest obecny zarazem. Niedopowiedzenia i niewzbudzanie kontrowersji wyglądają na autorską strategię. Nieco odważniej Falkowski podchodzi do tematu żołnierzy wyklętych (s. 188), zestawiając pamięć bandyterki z legendą sztucznie budowaną przez prawicowe rządy (także ten sprzed 2015), której naczelnym pomnikiem jest muzeum w Ostrołęce (nieco poza obszarem mapy).
Falkowski mimochodem opowiada także o awansie społecznym, podsumowując go kolejnym uproszczeniem: Komuna dała moim dziadkom stabilizację i poczucie bezpieczeństwa. A jeżeli nawet nie dała, to przynajmniej nie zabrała (s. 218).
A przecież w tej samej książce zamieszcza wspaniałe reporterskie obrazy, które wymagają jedynie rozwinięcia. Jak choćby ten o babcinej lalce, jaką dostała od jednej z Żydówek, przedmiot zazdrości innych dziewczynek ze wsi (s. 102): prawdziwy początek opowieści.
Albo, z zupełnie innej, etnograficznej opowieści, sugestywny obraz wart dalszego eksplorowania: wyławiał z Bugu małże, którymi po ugotowaniu karmiono wtedy świnie (s. 99).
3.
Im dalej ku końcowi książki, tym więcej w niej religii. W tej dziedzinie także panuje pewne zamieszanie: Falkowski z jednej strony dostrzega ambiwalencje relacji kościoła i społeczeństwa, ale z drugiej – żyje sentymentami za minioną religią przodków wpisaną w cykl agrarny, za także moją dziecinną religią z wianuszkami na koniec czerwca (s. 220).
Pisze więc o ostatnich rezerwatach tamtej wyidealizowanej religii przodków: opisywanym Mazowszu Północnym, Kaszubach i Podhalu, ale w gruncie rzeczy nie stawia pytań: czym był ów katolicyzm? co dawał ludziom? dlaczego już go nie ma?
Zostawia siebie i nas z gorzkim poczuciem straty, i sami nie wiemy, czy utraciliśmy religię, czy – w gruncie rzeczy o to chodzi – własne dzieciństwo.
