
Stasia Budzisz, Welewetka. Jak znikają Kaszuby, Wyd. Poznańskie 2023
1.
„Welewetka” zaczyna i kończy się śmiercią. To dobra klamra. Nie chodzi mi w tym stwierdzeniu o ponurą metaforę znikania, ale o poczucie, że Kaszuby są tym miejscem, gdzie oddzielenie – w kulturze – życia i śmierci nastąpiło najpóźniej. To oczywiście moje własne, poparte lekturą księdza Perszona (1), wrażenie.
Książka Stasi Budzisz opowiada o kaszubskiej niejednoznaczności. Kiedy dąży się raczej do pewnych odpowiedzi i prostych wyjaśnień, „Welewetka” opowiada historie niechciane, wyparte i przesłonięte. To w nich jest zawarty prawdziwy, nieraz zaskakujący, dramatyzm ludzkiego losu:
Dziadek patriota okazuje się niemieckim żołnierzem przypadkowo zabitym w Norwegii.
Klara z małymi dziećmi tuła się pod koniec wojny z Kaszub do Niemiec i z powrotem. Doświadcza wszystkich hiobowych klęsk (fragment o Klarze powinien trafić do podręczników historii).
Zasłużona dla nauczania kaszubskiego działaczka we wspomnieniach uczniów jest tą, która dawniej karała za mówienie po kaszubsku.
(Przepraszam, że z tych punktów wyszły mi clickbaity).
Autorka „Welewetki” pisze szczerze, opowiada o zdradach i niegodziwościach, ale – to czyni jej reportaż wielkim – nie stara się osądzać i tworzyć uogólnień.
Jest to bliskie mi myślenie o historii, bardzo nielubiane przez wyznawców grupowych mitów, których dostatek zarówno w Warszawie, jak i na Kaszubach.
2.
Z wieloma bohaterami „Welewetki” rozmawiałem osobiście. Nagrania na kasetach magnetofonowych do dziś zapewne spoczywają w archiwum instytutu etnologii. Byliśmy studentami – nasze stare zdjęcia wypadają mi z szafki – równie entuzjastycznymi, co zachwyconymi pierwszym w życiu Terenem.
Mój temat dotyczył kaszubskiej tożsamości: akurat było po spisie powszechnym, narodziła się „Odroda”, czasopismo młodych radykałów, poprzednik opisywanej przez Budzisz Jednoty, poddających w wątpliwość niezrozumiałe teorie Synaka, tworzone tak, aby nikogo nie urazić.
W mojej pracy licencjackiej jest nawet fragment o konkurencyjnych hymnach: brzmi prawie tak samo jak w „Welewetce” (2).
To, że byliśmy z zewnątrz miało swoje minusy: rozmówcy byli początkowo nieufni, pierwszy wyjazd okazał się zupełną porażką, nie licząc czasu, który spędziliśmy razem na nocnych Polaków rozmowach. Historie z wywiadów często były uładzone i ocenzurowane: nie pojawiały się w nich ani Piaśnica, ani Wehrmacht, za to zjawiał resentyment do bosych Antków. Rozmówcy, kaszubscy działacze, jak jeden mąż, całe życie dbali o kaszubszczyznę (ze zdziwieniem czytam w „Welewetce” o pani W. K.) Z drugiej strony – nie ograniczały nas żadne dogmaty ani stanowiska Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, ba nieufność zawodowych kaszubskich naukowców traktowaliśmy jako powód do dumy. Widzieliśmy, co dało się zobaczyć. Obrzydzały nas folklorystyczne występy dla turystów, przerażał Szymbark, za to zachwycał „Remus” Majkowskiego oraz opowieści o stolemach, duszach i pustkach (jeden z wyjazdów wypadł nam na początku listopada).
Sądzę – pisałem w swojej pracy – że obecnie w dyskurs ten [o Kaszubach] zaangażowana jest stosunkowo wąska grupa osób, których za Znanieckim określiłbym jako „indywidualnych przodowników”.
Przypisy:
1. Jan Perszon, „Na brzegu życia i śmierci. Zwyczaje, obrzędy oraz wierzenia pogrzebowe i zaduszkowe na Kaszubach”, 1999
2. Paweł Kalinowski (red.), „Catering dziedzictwa kulturowego? Kaszubi i Kaszuby w oczach etnologów”, 2006
