dziennik podróżny 6/24

Bruksela, 15 kwietnia 2024 r.

Rozdział I. Bruksela pro

Louisa, Louisa, Luizalaan – powtarzałem już tutaj kiedyś, więc teraz nie tramwajem, a na piechotę, tak jak się szło kiedyś, jak się maszerowało tamtej jesieni siedemnaście jesieni temu. Do kościoła na Sablonie, gdzie w Zaduszki napotkało się królową wdowę, a Matka Boska miała białą mantylkę a Fabiola – czarną. Albo pod Pałac Sprawiedliwości w wiecznym remoncie, i dalej. Tam, gdzie był sklep Illy, ale już go nie ma, w którym zobaczyłem czerwonego Francisa Francisa X6.

Jedyny raz, gdy się zakochałem w sprzęcie kuchennym. Patrzyliśmy na siebie przez szybę. Wiele lat później na Bemowie pewien spec od ekspresów powiedział, że nic się nie da zrobić, bo takich części po prostu nie ma. Ale ja nie wyniosłem F. F. po prostu do elektrośmieci, nie, z pieczołowitością ułożyłem go w pudełku i zniosłem do piwnicy, na cmentarzysko planów, radości i smutków.

Na Luizie kwitły kasztany. Dziwne, bo pamiętałem ją zawsze jesienną, siąpiącą, o wczesnym zmierzchu. Poszedłbym teraz na Moliera albo i do papuziego parku Tenbosch, ale spieszę się i schodzę ku Flażejowi. Też znajoma okolica i idę na pamięć, w dół, a potem w górę, bo w przeciwieństwie do Warszawy, Bruksela nie jest płaska i nawet krótkie odcinki okazują się dłuższymi. Ulica jest zaniedbana, bary z napisem Stella Artois jeszcze pozamykane, ale gdzieś na Etterbeku trafiam na drzewka wiśniowe, takie jak na Żytniej, szuram butami w płatkach, bo wiosna w Brabancji jest jeszcze wcześniejsza, jeszcze bardziej mija. Zatrzymuję się robić zdjęcia, zwłaszcza, że chwilowo wzeszło słońce, a w osi wiśni jest   widok na kościół, a przede mną zatrzymuje się auto i jakaś kobieta też fotografuje. Zrywa się różowy wiatr, małe tornado wirujące w kierunku czynnego warzywniaka.

Pierwszy raz przyjechałem tu za J., z powodu J., dla J. i widziałem wtedy Brukselę, tak jak widzą ją wszyscy inni, z okien autokaru, w którym przewodnik beznamiętnym głosem powtarza wyuczone teksty. Potem oczywiście Wielki Plac i gofry przy nim, i siusiający chłopiec, czas wolny. Kręcił się wtedy koło nas jakiś starszy Polak, widać też przyciągnęła go J. i zaprowadził do siusiającej dziewczynki, ukrytej głęboko, w wąskim ślepym zaułku, a ja szedłem za J., choć wiedziałem, że nic z tego nie będzie, że wszystko się skończyło, może i dobrze zresztą. Po latach J. bada utopie, a ja pozostałem internetowym literatem, który w życiu opublikował kilka wierszy w jezuickim piśmie, które niebawem po publikacji upadło.

Ale prawdziwa Bruksela to jest ta siedemnaście jesieni temu, ta z A. i bez A. równocześnie, kiedy krążyłem sam wokół Luizy, bojąc się śmierci. Wyobraziłem sobie w swoim mózgu guz i zaczęła mnie boleć głowa, bolała często, a ja wieczorami aleją Moliera podchodziłem pod szpital, i zatrzymywałem się, i bałem jeszcze bardziej. A potem uciekałem do sklepu, w którym Hinduska o malowanych henną dłoniach, pozwalała dzwonić z budek telefonicznych z wymalowanymi flagami egzotycznych państw, w tym Polski. I dzwoniłem do A., i opowiadałem o wszystkim, byle nie o strachu, a obok lawina głosów dzwoniła do Bangladeszu, Maroka i Gwinei Bissau, wszędzie, bo nie było jeszcze tanich telefonów i roamingu w UE i odległości w świecie były ogromne, więc Bruksela oznaczała samotność, absolutną samotność.

Pracowałem wtedy jako stażysta w małej klitce przy rondzie Schumana, w najbrzydszym miejscu miasta, które zwiodło wielu pasażerów autobusu linii 12, którzy myśleli, że wysiadając na rondzie zobaczyli Brukselę. W tej klitce czytałem po francusku dokumenty o zanieczyszczeniu gleb, a Joelle, moja opiekunka, uśmiechała się nie przerywając niezręcznej ciszy. Bo wtedy byłem przyszłym pisarzem albo i przyszłym profesorem, i nic a nic nie obchodziły mnie zanieczyszczone walońskie gleby. Interesowało mnie jedynie celebrowanie Brukseli, dopieszczanie własnego lęku i własnej samotności. Czasem chodziliśmy na spacer z K. i teraz też idę spotkać się z K. i B. Gdzieś w dolinie, za wiaduktem, który mijam jest mój lidl, w którym tamtej jesieni kupowałem marcepanową struclę. Smak marcepanowej strucli.

Jak można ciągle żyć w przeszłości? – pytam samego siebie. Pilot gasi światło w kabinie.

Dodaj komentarz