Podróż do Omanu (1)
11 marca. Ostatnia noc w Europie
Tego ciepłego wieczoru pewien człowiek w leśnych ostępach Brandenburgii postanowił odebrać sobie życie. Wybrał dla pewności pociąg towarowy, czterdzieści kilka rozpędzonych cystern i kontenerów z oznaczeniami portów tak dalekich jak Lizbona.
Mamy schlechte Nachrichten miły głosem poinformował kierownik pociągu regionalnego relacji Frankfurt – Berlin. Było po dziesiątej.
Pasażerowie z Warszawy: ich pociąg kończył bieg po wschodniej stronie Odry, w nocy zaplanowano strajk, poczęli się niepokoić.
Jest tyle innych sposobów, żeby się zabić – westchnął ktoś z wyrzutem.
12 marca. Pierwsze lotnisko w Azji
Pogranicznik na bramce bez uśmiechu rozkazuje – torbę pod rentgen. Jest poważny powagą ponurego autokraty na okładkach książek. Gdziekolwiek się poruszysz jesteś w jego bacznej źrenicy. Nawet panie w starbuniu, czujesz to, nie ufają twojej ciasteczkowej latte. Niewiele brakowało własną ojczyznę przemienić w dyktaturę starca.
Lotnisko pracuje na dwie zmiany. Ta nocna jest bliskowschodnia. Toalety zapełniają mężczyźni z reklamówkami, to tutaj niewprawnie zamieniają się w pielgrzymów tanich linii. W basenowych klapkach i białych płótnach szukają bramek samolotów do Dżeddy. Scena jest iście apokaliptyczna. Kim są i skąd przybyli? – pyta Dziecko.
W dzień trasy prowadzą inaczej, do Europy. Znów tłum mężczyzn, tym razem ciemne opaski na czołach i zakrwawione czerepy. Po przeszczepach włosów, na nowo wierzą w swoje nieśmiertelne piękno. W przeciwieństwie do tych nocnych wzbudzają tylko uśmiech politowania.
13 marca. Maskat
1.

Oko sułtana różni się od oka tureckiego despoty. Spogląda dobrotliwie i łagodnie z dziesiątków plakatów: w hotelu, nad wieszakami w Marksie i Spencerze, nad zamkniętym w Ramadan barem. Nie kontroluje, ale czuwa. Czasem sam, czasem w towarzystwie kuzyna, nowego sułtana. Cała ta historia jest jak z tysiąca jednej nocy – wygnanie ojca, jego śmierć w Londynie, pochówek na cmentarzu polskich emigrantów, szczęśliwe rządy syna.
Oko sułtana stworzyło to miasto.
2.

Postanowiłem zapisywać wrażenia ze spotkań z innością.
Najpierw głos synogarlicy, który rozpoznaję po tonacji, choć zamiast huhu wydaje się szczekający.
Potem półksiężyc, zawieszony jak lunula, na przekór zapamiętanym widokom nocnego nieba.
Kolor słońca rano: nieznajomy odcień jasnego, jakby brzoskwiniowy.
Żywość religii. Sale modlitw w hotelach. Minarety w krajobrazie, wpinające się w stacje benzynowe, osiedla, przydrożne bary. Minarety katedr, minarety bazylik, minarety kapliczek.
3.
Inna jest przestrzeń, samo jej pojęcie i wymiary. Nie chodzi o wielkość miasta, rozległego i przeciętego szerokimi na sześć pasów autostradami, a jednak bez strzelistej zabudowy charakterystycznej dla naftowych nuworyszy. Nie chodzi o obronne wieże na wzgórzach zamykających wybrzeże, wyrastających z gęstej zabudowy starego Maskatu. Miasto rozlewa się bezgranicznie, opanowuje pustkę aż po pasaże gór. Wychodząc z domu, masz przed sobą kamienne pole.
Kamienne pole: najlepsza definicja omańskiej przestrzeni.

4.
W południe temperatura robi się nie do zniesienia dla przybyszy z Północy. Miasto – jak każde południowe miasto – zamyka się na sjestę, która nie zaspokoi pragnienia z powodu Ramadanu. Na nielicznych trawnikach pod palmami gromadzą się cudzoziemscy pracownicy: mają ciemniejszą skórę, drobniejsze ciała. Napływają z Indii, Malajów, Filipin. Dyskretnie rządzą pokojowymi hotelami, podają śniadania zgodnie ze starodawną omańską tradycją, pielęgnują trawniki przy wielkim sultańskim meczecie, zatrzymują się taksówkami przed tobą, idącym w żarze po nabrzeżu.
Ostatniej nocy na przypominającym pałac maskackim lotnisku, napotkamy grupę smutnych kobiet. Nie wiem czy powracających, czy udających się w podróż. Jakiś mężczyzna będzie rozdawał im paszporty a one, skulone w swoich chustach, będą piły wodę, niepewne co do swojego losu.
5.
W pogodnym i białym muzeum w starym Maskacie, odbywamy niespodziewaną podróż do naszej części Europy. W dziale damskiej biżuterii dziwnie znajomy naszyjnik qarsh mkahhal, który ozdabiają nawleczone talary Marii Teresy, okazujące się jedną z głównych walut dawnego Omanu.
Znajomy wizerunek Habsburżanki z podręczników o pierwszym rozbiorze, jest tutaj cennym obiektem pożądania. Trudno wyjaśnić nagłe odczucie bliskości z powodu tego widoku.
14 marca. Maskat – Nizwa – Bahla – Al Hamra
1.

W wielkim meczecie rabaty obsadzono gesiówką jak na działce albo na cmentarzu w R. Panie w przedsionku podają lustra nim nałożysz szatę, pod kolor oczu pasującą chustę.
2.
Góry są tutaj podobne grafitowym chmurom. Najpierw małe obłoczki o ostrych grzbietach ułożone równiutko bok przy boku. Potem nad nimi, nieco jaśniejsze większe chmurzyska, urywające się stromiznami. Wreszcie ściany deszczu i gradu, sięgające wysoko ponad nasze oczy.
Nigdy nie opisywałem takich gór, więc nie potrafię odnaleźć właściwych przymiotników. Droga, która wiedzie między nimi, sama jest zaskoczona.
3.

Sprzedawca daktylowego nektaru i innych smakołyków na suku w Nizwie, przygarnia Dziecko, mowiąc: nie musisz pościć tak jak ja, po czym karmi je miodem.
Oferuje różę, mirrę i kadzidło.
4.
Twierdze jak z herbatników. Tu wlewali na wrogów wrzący olej. Tu wypatrywali cienia w zieleni palm. Nadchodziły obce plemiona od qibli, od wybrzeża, żądni szafranu Portugalczycy.
Jeśli robię jakiekolwiek zdjęcie, słońce natychmiast zmienia je w obrazek z wczesnego ubiegłego wieku.

5.
Tarasy otwierały się na zbocze. Siedzieliśmy na jednym z nich, patrząc jak zapalają się światła oazy. Pośród głosów muezzinów, które rozległy się o zmierzchu, ten jeden – z Al Hamry – wyróżniał się czystością dźwięku. Zamilkliśmy, wsluchując się w śpiew.
Dalekie Alleluja w jasny wielkanocny poranek.
