
Wojna nie ma w sobie nic z przenośni
Wojna pojawiła się znowu około Nowego Roku. Przybrała postać ognistych kul na znajomych od dwóch lat blokowiskach Charkowa i innych miast, o których istnieniu przed lutym dwudziestego drugiego, to znaczy przed wojną, nie mieliśmy pojęcia. Była to wojna na tyle znajoma, że na ukraińskich instagramach zajęła jedną, góra dwie rolki.
O tej drugiej wojnie nie wspominałem. Może to An. miała od początku rację? Ta druga pojawiała się głównie w relacjach kobiet. U Samary Joy, u Nan Goldin, a więc była cały czas, ale nie stanowiła tematu naszych lęków. Ta druga, inna wojna.
Właściwie była odwrotnością znajomej. Na żywo oglądaliśmy casus belli i był to rzeczywiście całkowicie realny casus belli. W ciągu paru tygodni zamienił się zresztą w cykl wstrząsajacych obrazów Zoi Czerkassky-Nnadi odpowiadających o siódmym października, o rozpaczy i żałobie.
Tak jak w lutym dwudziestego drugiego zaatakowano nas, jakkolwiek nie zdefiniować tego my. Nazwijmy my Zachodem, Północą albo Europą, lub lepiej opiszmy my jako McDonalda, festiwale muzyczne, ekspresowe łachy Shein i rolki na tiktoku oraz insta. Do tej pory wszystko jest jasne i analogie między lutym a październikiem działają doskonale. Dla tych z lutego Ukraina była bytem nieistniejącym, ci październikowi publikowali mapy Izraela bez Izraela. Zetrzeć z powierzchni ziemi (a pierwsze protesty wobec tej drugiej wojny przyjęły to szybko za pewnik, że tak trzeba, że Izrael nie istnieje, po siedemdziesięciu sześciu latach nie ma prawa znajdować się na mapie – dokładnie ta sama śpiewka powtarzana od dziesięcioleci, zrównująca syjonizm i nazizm, w ustach Kadafiego, Chomeiniego i na transparentach w mieście żonkili z getta).
Tylko potem zdarzyło się coś nieprawdopodobnego, coś, co rozbija wszystkie porównania. Izrael zaczął dokonywać ludobójstwa. Izrael, który powstał jako ucieczka od ludobójstwa, z premedytacją zaczął rzeź, systematyczną i planową. I nie można było już powiedzieć, że to nasza wojna, bo Bucza była teraz po drugiej stronie. I nikt nie pytał już o Hamas (sądzę zresztą, że ucieszyli się z takiego obrotu sprawy, bo – mimo wszystkich zasadniczych różnic – fundamentaliści i nacjonaliści wrogich państw odczuwają wobec siebie emocjonalną bliskość, jakby nienawiść budowała między nimi więź).
I był to ten sam Izrael, kraj Etgara Kereta i wspomnianej już Zoi Czerkassky-Nnadi, o którym nie mówiliśmy nic złego, bo był przedłużeniem naszych nieistniejących sztetli, zaginionych w Zagładzie. I teraz sam szykował innym zagładę i nie przechodziło nam to przez usta, bo było jakimś ogromnym oksymoronem. Ale było, a izraelskie instagramerki zachowywały się jakby ta druga wojna nie istniała. I bomby spadające na dzieci w Gazie były wypełnione purimowymi słodyczami. Bo paczki z Shein nadal przychodziły jak zazwyczaj.
Więc nie wymawiałem tego oksymoronu, pamiętając, że pradziadkowie sprawców byli ofiarami, a nasi byli wówczas wśród współsprawców albo wcale nie niewinnych gapiów, ale to przecież niczego nie usprawiedliwia. Ludobójstwo dzieje się tu i teraz, i jest nim bez względu na to, kto je popełnia. Nieważne nawet staje się, kto zaczął i po czyjej stronie leży racja.
Trzeba umieć jedynie to wymówić.
