
Ernest Hemingway, Pozostałe opowiadania, tłum. Tomasz S. Gałązka, Marginesy 2023
Wcale nie o literaturę chodzi. Nie o frazy, których czytanie pozwala odczuwać przyjemność (tłumaczenie jest zresztą kongenialne, rzucam się na nie łakomie). Chodzi o to, żeby było czego żałować.
Musisz mieć czego żałować, synek – powiedział mu kiedyś pan John – Mało co daje tyle frajdy. Czy będziesz tych rzeczy żałował czy nie, to już sam zdecydujesz. Ale grunt to mieć czego żałować (s. 245).
Po pewnym czasie, w którymś tomie z serii, przestałem oddzielać autora od narratora. Przy czym ten pierwszy (a może właściwie ten drugi?) zastrzega w opowiadaniu „O pisaniu”, że dobra jest naprawdę tylko fikcja. Jeśli jakiekolwiek pisanie do czegoś się nadawało, to tylko o rzeczach zmyślonych, wyobrażonych (s. 479).
Cóż, skoro opowiadania układają się w życiorys Hemingway’a. A ja, czytelnik, mam przez to poczucie, że jego życie było życiem wzorcowo niezmarnowanym, z Paryżem, Madrytem, Wenecją, Hawaną, ba, nawet z ostatnią decyzją, żeby je odpowiednio zakończyć. Hemingway oznacza pełnię.
(Być może to, co zapisałem powyżej brzmi jak z pamiętnika rumieniącej się pensjonarki. Być może również nie dostrzegam autora-narratora, który wlewa w siebie kolejne litry alkoholi. Aż dziwne, że nie umiera na marskość wątroby).
***
Tom otwierają opowiadania staro-czlowieczo-morskie, najmniej zachęcające. Zaraz po nich następują opowiadania komu-bijaco-dzwonne, które są zapisem wojny tyleż uzasadnionej, co bezsensownej. Trochę jak w wojennych tekstach Iwaszkiewicza – chłopiec z „Ikara” jest bratem Pedra z „Motyla i czołgu” – los jest ślepy, śmierć przypadkowa, bohaterstwo złudne. Usiłuję wyobrazić sobie Madryt przeorany okopami, gdzie z Gran Via w osiem minut trafiasz na linię frontu, ale widzę tylko ten jesienny Madryt tego roku.
Najbardziej soczyste są historie amerykańskie z życia Nicka Adamsa. Układają się z nich filmowe sceny jak ta z leśną kryjówką, w której zatrzymują się Nick i jego jedenastoletnia siostrzyczka albo ta miłosna w „Letniakach”. Jest w tym pisaniu pełnia (tym razem literatury).
A jeśli Nick, jak wyznaje w ostatnim opowiadaniu, chciał pisać tak, jak malował Cézanne, czyli bez sztuczek, z własnego wnętrza, opisując świat, jakim jest, to Ernestowi się to udało. (Swoją drogą, dotąd Hemingway kojarzył mi się z Picassem, a nie z Cézannem).
